środa, 25 czerwca 2008

O kuchwa.

Konrad mnie zadziwił. Zazwyczaj mnie nie zadziwia, gdyż jest to dosyć przewidywalny człowiek, a mnie nic nie zadziwia. Tym razem stało się inaczej. Chociaż najpierw zadziwił mnie Kez, chociaż jeszcze nie wiedziałem, że to on mnie zadziwił. Stało się to za sprawą kompozycji w klimatach hard dance'u pt. Chuj Emotion - Szpak Anthem (Wporzo Ptak Bootleg), która to kompozycja jest niejako hymnem na cześć wspominanego już Konrada czasami Szpakiem nazywanego. Kompozycja ta ma za niedługi czas doczekać się reedycji, w wersji znacznie poprawionej, a mnie się już zamarzyło, by zagrać ją razem z Agrestis Praterbovis w takiej rapcore'owej aranżacji. Qń właściwy zadziwił mnie w momencie, gdy żem wlazł na jego blog. Popełnił on cholernie długi (jak na niego) tekst. I to o snach! Wjechał mi tym samym na ambicję. No bo co? On będzie pisał jakieś wielkie periodyki, a ja nic nie napiszę? O nie... Nie będzie Łopusznianin pluł nam twarz! No to mamy to dzieło.
Śniło mnie się co dziwnego, naprawdę. Zazwyczaj się śnią rzeczy dziwne, więc to zrozumiałe. Lecimy z opowieścią.
Całe wydarzenie zaczęło się nie gdzie indziej jak nie wiem gdzie. Były to jakieś podziemia, a może korytarze, cokolwiek, w każdym bądź razie było ciemno. Strasznie ciemno, lecz była to ciemność typowo filmowa, czyli różnorakie rzeczy było widać, ale w ciemnoniebieskiej barwie. Jakby się poważnie zastanowić to korytarzami owymi mógł być korytarz w sali gimnastycznej pewnego LO, ale nie uprzedzajmy faktów. Ja, Paweł Boyarski przelazłem sobie po owym pomieszczeniu i wszedłem do czegoś wyglądającego na szatnię, w której to niby-szatni siedziała dosyć duża grupa ludzi różnorakich. Wszedłem, popatrzyłem i zapomniałem części snu, smutne to, ale prawdziwe. Przypomina mnie się tylko moment, w którym to Łukasz O., mieszkaniec Goszcza wyciągnął telefon komórkowy z funkcją mp3, z którego to telefonu rozpoczął nadawanie kompozycji "KNŻ - Nie ma litości", a konkretniej to zwrotki "Czy widzisz gdzieś logikę tych czynów?/Nie ma litości dla skurwysynów!". Faktycznie, logiki nie widziałem, chociaż ludzi, których matek nie znam, również nie widziałem. Doszło do zmiany pieśni, na równie dziwną, a konkretniej to kompozycję tegoż samego zespołu, tym razem pt. "Pierdolę Pera". Refren został dumnie odśpiewany przeze mnie samego, a brzmiało to mniej więcej tak "Pierdol Leppera, pierdol Leppera, pierdol Leppera!". Jakoś nikt nie chciał dośpiewać znajdującego się w tle "Zostań, zostań, na zawsze taka pozostań!"... Widać nie chcieli, by została, woleli wyrzucić Leppera niż się zająć biedną kobietą. W czasie gdy ja produkowałem się wokalnie do pomieszczenia weszła nauczycielka ge(j)ografii ze wspominanego już LO. Zdegustowana całą szopką wyraziła nadzieję, albo coś takiego "No, całe szczęście politykiem ty nie chcesz być.", na co ja odpowiedziałem, że "A właśnie, że tak!". Po czym opuściłem dziwny budynek.
Wtedy to spostrzegłem, że jestem ubrany w strasznie grubą kurtkę. Dodając do tego fakt, że padało jak z cebra wywnioskowałem dosyć szybko, że cała akcja ma miejsce jesienią. Mniej lub bardziej sprawnym krokiem dotarłem na dworzec autobusowy. W końcu pojawiła się więc jakaś analogia do poprzednich snów, myślałem już, że będzie to produkcja całkowicie niezależna, oderwana od reszty sennej rzeczywistości, choć w poprzednich snach po dworcach podróżowałem z pewną Twardogórzanką, a tu byłem sam. Nie powiem, że wolałbym nie być samemu. Swoim wzrokiem obejrzałem dworzec i dojrzałem wolną ławkę. Nie zdążyłem jednak tam dotrzeć, gdyż mi ją chamsko zajęły dwie dziewuchy. Z Goszcza. Argh, a niby goszczańska solidarność, jego mać. Całe szczęście nie dane mi było zbyt długo stać, nadjechał bowiem autobus. Do Twardogóry przez Międzybórz. Nigdy takim nie jeździłem, lecz tym razem do niego wsiadłem. I pojechalim. Przez pola, wsie, ulice i inne dupesroły. Kierowca toczył jakąś ciekawą historię, opowieści, czy inne coś. Zbytnio mnie to nie interesowało, zdecydowanie bardziej zaciekawiło mnie to gdzie jedziemy, a raczej - po czym. Zamiast asfaltu jechaliśmy po drodze polnej jako żyw przypominającej drogę z Goszcza na Drągów, którą to droga zdarzyło się już mi jeździć nieraz, lecz zazwyczaj rowerem, nie PKSem. Po długiej podróży szczęśliwie dojechaliśmy. Do Sycowa.
Tak jest, do Sycowa. Z Sycowa do Sycowa przez Międzybórz, Drągów i Twardogórę, pięknie, dosłownie pięknie. Przypomina to trochę napis na rozkładzie jazdy w Goszczu, który to informował nas o autobusie do Iraku przez Egipt. W Gross Wartenbergu owym znalazłem się znowu w tym LO. Dzień Świstaka? Nie. Chociaż znowu było ciemno jakby ktoś o opłaceniu światła zapomniał. Boyarin postanowił udać się gdzieś na górę, widząc jednocześnie jak tłumy wchodzą do klasy z numerem 15. Boyarskiego powstrzymał Bartosz K., zatrzymując go na schodach i zachęcając do spożycia alkoholu słowami "Boczek piwo stawia, chodź z nami!". Boczek to Wojciech C. Odmówiłem, aczkolwiek ze schodów się wróciłem i postanowiłem jednak udać się do klasy. Pod klasą byłem świadkiem kolejnej dziwnej sceny. Konrad G. i Daniel N. (ps. odpowiednio "Plastuś" i "Geju") prowadzili Brzuzego. Co ciekawe Brzuzy ów przyodziany był identycznie jak pierwszy z nich, choć trochę się zataczał. W sumie to bardzo trochę się zataczał, bez tamtych dwóch pewnikiem by wylądował na ziemi. Został przez nich wepchnięty do pomieszczenia służącego do absorpcji wiedzy, a następnie dwóch panów pożegnało się ze mną, a ja wszedłem tam gdzie B. wpadł.
W środku odbywał się chyba jakiś wykład na bliżej nieznany mi temat. Coś o temperaturze i jej wpływie na postrzeganie rzeczywistości. Paweł L. rzucił niewyszukany komentarz o kobietach, którego jednak teraz nie pamiętam, natomiast ja usiadłem z Adamem P. Warte podkreślenia jest to, że wyżej wymienione osobniki nie uczęszczają do tej samej co ja szkoły. Adam przeszkadzał mi przez cały czas trwania "wykładu", głównie swoimi nogami - nie oszukujmy się - kopał mnie, co z deka bolało. Niezrażony trudnościami notowałem to co słyszałem, a notowałem pismem nie swoim. Było to jakieś inne, takie zwięzłe, w przeciwieństwie do mojego - rozstrzelonego i ogólnie dziwne takie. Może nie aż tak dziwne jak niektóre style, z którymi się spotykałem, ale jednak. I na pewno nigdy bym tak nie pisał. Ale pisałem. W tymże czasie, gdy ja oddany byłem tej czynności niejaka Dorota B., podejrzana o bycie polonistką wezwała do siebie Darię T., nazywając ją Martą. Ta oczywiście zaprotestowała, lecz zeszyt zaniosła. Wychodząc z ławki ukazała ona siedzącą na samym końcu Aleksandrę Ł., uczennicę klasy trzeciej. Dziwne. Tu nastąpił niespodziewany koniec snu i nic więcej już się mnie nie przyśniło.

To teraz sobie pobredzimy. Wspominałem już o Agrestis Praterbovis. Co to jest? Ano jest to zespół muzyczny, na razie dwu osobowy, z jednym instrumentem, a mianowicie - keyboardem marki Casio (Kazio?). Ze składu jak żyw wynika, że powinniśmy grać disco-polo, lecz to nieprawda, gdyż kręcimy się wokół rocka. Z tym, że rocka grać nie możemy, gdyż Boyarski nie ma pieniędzy na kupienie gitary basowej. Oprócz tego potrzebny jest perkusista i najlepiej ktoś, kto ma głos lepszy niż ja do śpiewania. Jak na razie nie stworzyliśmy żadnej kompozycji, choć ja - Boyar - mogę się pochwalić, lub nie dwoma dziełami. Oba to remixy, bardzo dosyć elektronicznych utworów - pierwszy to Das Model od Kraftwerku, natomiast drugi to L'Amour Toujours Gigiego D'Agostino. Drugi chyba jednak lepszy, gdyż pierwszy jest zwyczajnie nudny. Oprócz tego napisałem jeden tekst, utrzymany w klimacie ska, czyli śmieszny i bez sensu. Jeżeli dobrze pójdzie to się kiedyś uda stworzyć album. Może by tak trzeba się było zainteresować współpracą z Kezem?

Keza mam podobno poznać na osiemnastce Konrada. A to za rok, a ja chciałem wyjechać sobie na wakacje już w tym roku. Są jednak oczywiste problemy, głównie z uzyskaniem pozwolenia na wyjazd. No bo to oczywiście niebezpieczne jest i tak dalej. A bym se sobie do Nowego Targu pojechał. Miałem jechać już w sobotę, lecz to było raczej aktem desperacji, a celem wypadu miał być - nie kłam Boyar - alkohol. Tak jest. Ale desperacja szybko minęła, głupie pomysły uciekły i teraz jedziemy na trzeźwo. Całkowicie. Drugim celem jest Łódź i to raczej dojdzie do skutku, z tym, że pozostaje pytanie - ile razy? Na pewno w sierpniu, lecz nikt tak naprawdę nic nie wie, czy przypadkiem i w lipcu do jakiejś małej wycieczki nie dojdzie. Jeśliby doszło byłoby to dobrą okazją to wpadnięcia na warszawski zlot Dynasteiowiczów. A do zjazdu miało dojść już w maju, heh. Dosyć to problematycznie wygląda.

Teraz coś polecimy. http://cloone.blogspot.com/ to adres bloga, którego przeczytałem w całości ostatniej nocy. Dosyć to nielogiczne zachowanie, ale co tam. Autorka bloga oczywiście nic nie wie o tym, że ja to przeczytałem, ani tym bardziej o tym, że polecam jej dzieło swoim wiernym czytelnikom, lecz jest to na tyle ciekawe, że warto. I to mimo jakiejś takiej dziwnej barwy tła.

Kończąc i poruszając ostatnią sprawę - dzisiaj robię podsumowanie prawie roku istnienia bloga i nie tylko. Jako prawdziwy statystyk uraczę tłumy wieloma tabelkami, cyferkami, liczbami i tak dalej. Wszystko zmierzyć, policzyć i tak dalej. A to prawdopodobnie oznacza, że będziemy mieli dzisiaj dwie noty na Czarnobylskiej Koniczynie jednego dnia. Ach, czy to nie wspaniale? Dziękuję, do usłyszenia, proszę o komentarze, choćby w formie 'Tu byłem, Zdziszek'. Ave!