czwartek, 27 stycznia 2011

Anarcho-nihilizm dla ubogich [umysłowo].

Znów nie mam internetu, co jak zwykle skutkuje tym samym - natłokiem myśli mających na celu zniwelowanie negatywnych efektów odcięcia od międzysieci. Muszę się poważnie zastanowić czy wedle jakichś chorych kryteriów nie jestem uzależniony. Chociaż z drugiej strony odpowiedź na to pytanie wydaje się być absolutnie oczywista - jestem. Jeżeli bez dostępu do internetu nie jestem w stanie sprawdzić np. o której odjeżdża pociąg Reggio z Wrocławia Głównego do Twardogóry Sycowskiej to bez wątpienia jestem od owego internetu uzależnionym. Stirner zapewne powiedział by coś innego. Wcale nie muszę sprawdzać w internecie rozkładu jazdy, mogę iść na dworzec i tam sprawdzić, a nawet iść na dworzec bez sprawdzania i po prostu bezczelnie czekać na przyjazd właściwego pociągu. W tym jednak układzie będę uzależniony od widzimisię obsługi kolejowej i osób odpowiedzialnych za terminy kursowania pociągów. Powie ktoś - wcale nie muszę jechać pociągiem - a co, nie będą mi Polskie Kolejowe Państwowe oprócz pieniędzy odbierać wolności, mało im, bucom jednym? Pozostaje jednak pytanie - jakie są alternatywy. Żeby dotrzeć do domu mogę wybrać podróż autobusem (te same warunki wymagane do spełnienia przeze mnie, co w wypadku podróży koleją, a nade wszystko - wyższe koszta finansowe i - o zgrozo - dłuższy czas podróży), mogę jechać taksówką (jeszcze wyższe koszta, aczkolwiek brak sztywnego rozkładu jazdy, chociaż jednocześnie staję się zakładnikiem taksówkarza - jeżeli nie przyjedzie, to ja nie pojadę; oprócz tego wciąż jestem ZMUSZANY do zapłaty za usługę), mogę również iść pieszo, co wydaje się być najbardziej wolnościowym wyborem, aczkolwiek i on ma swoje wady. Po pierwsze - nie mogę iść tam gdzie chcę - czyli po linii najmniejszego oporu będącego linią prostą łączącą punkty A i B, gdzie A to dom studencki "Parawanowiec", a B to dom Boyarskiego. Dlaczego nie mogę? Bo ktoś tam ustawił budynki, bo tam rosną lasy, płyną rzeki, wybuchają wulk... a nie, to nie tutaj. Staję się zakładnikiem planisty dróg, moja wolność jest tylko pozorna - mogę wybrać kilka dróg z dostępnego katalogu dróg przymusowych. Nade wszystko jestem zakładnikiem natury, która oprócz tego, że ogranicza moją swobodę poruszania się, to jeszcze często jest chroniona przez państwo, przez co nawet gdybym posiadał siły zdolne do przebicia się linią prostą przez las to by czekała na mnie za to kara. O ile oczywiście organy sprawiedliwości by mnie dosięgły.

Nie od dzisiaj wiadomo, że nieuchronność kary działa równie odstraszająco jak jej wysoki wymiar. Z zadziwieniem jednak obserwuję niekończące się dyskusje, wedle których prawodawca ma wybierać pomiędzy ostrością kary, a jej nieuchronnością. To jest oczywisty nonsens - najlepszym rozwiązaniem jest nieuchronność kary śmierci. Doskonale zdawać sobie z tego musiał sprawę Iwan Groźny, który powołał opryczninę. I wszystko chodziło jak w zegarku. Jeżeli naszym celem ma być zdyscyplinowane i dobrze zorganizowane społeczeństwo, to - korzystając z rosyjskich doświadczeń - powinniśmy wprowadzić karę śmierci ZA KAŻDE PRZEWINIENIE. Przeszedłeś na czerwonym świetle? Kara śmierci. Źle postawiłeś przecinek w piśmie urzędowym? Kara śmierci. Obraziłeś urzędnika? Kara śmierci. Plujesz na chodnik? Kara śmierci. Musi działać. Nikt nie będzie przechodził na czerwonym, nikt nie będzie stawiał źle przecinków, nikt nie będzie obrażał urzędników, nikt nie będzie pluł na chodnik. Ot i empiryczne rozwinięcie sprawdzonych rozwiązań z XVI-wiecznej Rosji i jakże współczesnego Singapuru, w którym również obowiązuje surowe i restrykcyjne prawo, które nade wszystko - sprawdza się. Jeżeli więc działanie A spełnia swoje zadanie i ma efektywność rzędu 50% to działanie AA, będące podwojeniem siły działania A musi mieć efektywność 100%. Widzicie to co ja? Dokładnie, empiryzm można obić o kant dupy. To, że coś empirycznie zadziałało w jakichś warunkach, ba - nawet byliście tego czegoś świadkami, nie implikuje, że w innych warunkach (chociażby tymi innymi warunkami była inna pogoda!), a jak wiadomo wszystko płynie (pantha rei) i takich samych warunków nie jesteśmy w stanie powtórzyć, tego że właśnie w nich zadziałała. Ha, a więc oprócz wolności nie istnieje również empiryczne poznanie. I zostało to udowodnione praktycznie nieempirycznie.
Wiemy już, że nie istnieje wolność. Człowiek jednak chciałby być wolnym, jak więc ten stan osiągnąć? Najskuteczniejszym rozwiązaniem wydaje się tu być dekonstrukcja rzeczywistości - fizyczne i mentalne usunięcie ograniczeń narzucanych nam przez rzeczywistość może nastąpić tylko i wyłącznie przez usunięcie podstawowej przyczyny istnienia tychże ograniczeń. Przez usunięcie rzeczywistości, jej dekonstrukcję. Już widzę te krzyki empiryków, że to niemożliwe, że jak to tak, że nie ma przykładów, historycznych dowodów. Widzę też obiektywistów, którzy krzyczą, że nie da się, że to nie możliwe, że rzeczywistość istnieje obiektywnie, niezależnie od naszego widzimisię i podlegamy jej prawom. Otóż to nonsens, a sama rzeczywistość dostarcza nam co najmniej dwóch (!) przypadków, w których możemy wyeliminować jej na nas wpływ. Pierwszym jest eschaton, czyli koniec świata. Założyć należy jednak, że na rzeczywistość nie oddziałuje żadna siła trzecia, w postaci chociażby transcendentalnego Boga, gdyż oznaczałoby to, że wyeliminowanie rzeczywistości nie jest wyeliminowanie przyczyny zniewolenia w znaczeniu bezpośrednim, gdyż w takim wypadku przyczyną zniewolenia jest Bóg, który narzuca nam za pomocą proroków i objawień normy moralne i żąda od nas ich przestrzegania pod groźbą kary. Co ciekawe, gdy nie uważamy wolności za wartość samą w sobie, a jedynie wykrojenie kawałka wolności niezbędnego nam (czyli: naszym celem nie jest zniszczenie ograniczeń wynikających z natury, ale na przykład np. tylko ograniczeń podatkowych) to będąc anarchonihilistą z powodzeniem i bez żadnej sprzeczności możemy być również i muzułmaninami, katolikami, protestantami, prawosławnymi, etc. Kluczowe jest tu wolne wybieranie sobie metod zniewolenia. Pozbawiając się wyboru wszak również ograniczalibyśmy swoją wolność, co jest sprzeczne z przyjętą przez nas doktryną. Druga zaś możliwością zniszczenia rzeczywistości są sny świadome, w czasie których sami kreujemy rzeczywistość, według swojego uznania. Aby osiągnąć stan absolutnej wolności musielibyśmy więc być wprowadzeni w stan hibernacji i za pomocą odpowiednich bodźców i oddziaływań na nerwy doprowadzić do wiecznego trwania snu świadomego. Na obecnym etapie wiedzy posiadanej przez ludzkość jest to z pewnością nie możliwe, ale patrząc na tempo rozwoju współczesnych technologii - wszystko jest kwestią czasu. Wolność tak pojmowana ma jednak kilka wad. Po pierwsze - jest wolnością pozorną, będącą formą oszukiwania samego siebie. Wciąż bowiem pozostajemy pod wpływem rzeczywistości istniejącej poza naszymi realiami sennymi. Zostajemy uzależnieni od zewnętrznej ingerencji przed którą o zgrozo nie jesteśmy się nawet w stanie obronić. Stajemy się zakładnikami rzeczywistości, czyli mimo pozornej większej władzy nad rzeczywistością, mamy mniej wolności!

Podsumowując - wolność nie istnieje i nie da się tego - jak i niczego innego - udowodnić empirycznie. Przyczyną tego jest rzeczywistość i wszystko co z niej wypływa, jej produktu takie jak historia, geopolityka. Dlatego też jedyną drogą, acz będącą jednocześnie ślepym zaułkiem, jest dla nas proces dekonstrukcji rzeczywistości - motor postępowania każdego anarchonihilisty. A anarchonihilistą może być każdy. I każdy będzie, jeżeli tylko będzie mi się chciało swoje wywody przekuć w książkowe opus magnum, które pobije "Kapitał" Marksa, "Mein Kampf" Hitlera i inne mało pożyteczne czytanki.

Dobranoc.

środa, 27 października 2010

Pancerna bliadź udaje, że jest damą.

Zaczyna się. Każdy rok ma taki wspaniały okres, kiedy Boyarskiemu włącza się tryb walki z całym światem przy jednoczesnym włączeniu trybu walczenia przeciw sobie. Tym razem miesiącem walki ze światem okazał się być październik, kiedy to w kościołach w całej Polsce odmawiane są różańce. Warunki są beznadziejne, a powodów do irytacji mnóstwo. Chociażby to, że ludzie na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego to kretyni i buce. Kretyni, bo nie wiedzą ile jest posłów w Sejmie, mimo że odpowiadając na to pytanie patrzą na egzemplarz Konstytucji, w której to zapisano liczbę owych darmozjadów. Buce, bo ich nie lubię. Czuję do nich totalną antypatię, obce mi są ich zainteresowania (jeden z osobników był np. w barze z męskim striptizem...), nie zamierzam się z nimi integrować, nawet z ryjów są dziwni. W gruncie rzeczy to jednak doskonale się składa. W razie czego jakaś walka z takim czymś będzie dużo bardziej doniosła, bowiem nagle stanąłem na przeciwko wroga nie osobistego (takich nie mam wcale chyba), lecz ideologicznego. Są oni wręcz idealnym przykładem tego, czego nienawidzę. Młodzi, wykształceni, z dużych miast. Przy tym straszne cieniasy.

Ale tego jest więcej. Sam siebie też irytuję, zwłaszcza fryzurą, która jest tak beznadziejna, że nie mogę przez nią myśleć racjonalnie (czoło jest zasłonięte i fale mądrości nie są odbierane) i w konsekwencji nie jestem w stanie zaliczyć pierwszego kolokwium z Podstaw Ekonomii. A przecież są to rzeczy banalne (krzywe popytu, podaży, definicja rynku doskonałego, szoki popytowe i podażowe, cena minimalna, maksymalna, równowagi rynkowej, no litości!), z którymi ja, jako wierny uczeń Rothbarda i de Soto nie powinienem mieć najmniejszych problemów. Ale jednak. Klamka zapadła i jutro idę do fryzjera. Oczywiście po ścięciu przez kilka dni będę wchodził poirytowany ze względu na to, że włosy owe będą wydawać się mnie zdecydowanie za krótkimi. No i zimno będzie, wszak mrozy nadchodzą, a rano to nawet wieje bryza morska od Odry. Skąd wiem? Ano wiem, bo na Uniwersytet chodzę pieszo, gdyż nie zakupiłem biletu miesięcznego zwanego tutaj Urban Card. Nie zakodowałem także tego na swojej legitymacji. Nie opłaca się.

Rano tramwaje są tak zatłoczone, że nawet jakbym miał bilet to bym tam nie wsiadł, bo bym się nie zmieścił. A mój komfort osobisty to jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Dokąd oni wszyscy w tych puszkach jadą? Nie wiem. Pieszo wychodzi około 30 minut. Więc jest to wynik całkiem dobry. Po południu, lub wieczorem, gdy nagle pojawi się potrzeba wyjechania gdzieś jeżdżę bez biletu. Nie potrzebuję. Wystarczy siedzieć po prawej stronie przy oknie i patrzeć na następne przystanki wypatrując podejrzanych osobników w sweterkach. To kanary. Mimo, że w świetle wspominanej już polskiej konstytucji nie mogę mnie zatrzymać bez nakazu prokuratorskiego to są jednak bardzo irytujący i potrafią doprowadzić do uszczerbku na stanie portfela. Tego nie lubię. Staram się być oszczędny i - o zgrozo - mnie to ostatnio wychodzi. Tak zabójczo niską preferencję czasową jak mają chyba tylko osoby martwe. A kiedyś to pieniądze potrafiły nieprawdopodobnie szybko uciekać, kiedy to stopa preferencji czasowej zaczynała zbliżać się do tej właściwej niemowlakowi.

Może dlatego, że nie mam na co wydawać? Dawniej, jeszcze w Sycowie zdarzyło się sypnąć 10 złotymi po to, by oczarować pewną pannę (której personalia pominę, by jej nie kompromitować) i zaskarbić sobie jej przyjaźń na wieki. Bo panny tutaj też jakby trefne. Z tego co udało mnie się zasłyszeć (oczywiście całkowicie przypadkowo) to jedynymi w miarę ogarniętymi dziewczynami są dziewczyny napływowe, które trafiły tu z zewnątrz. Oczywiście i ich większość również jest - nazwijmy to tak - dziwna. Ale nie mają takich braków jak tubylczynie, które udają bycie damą, mimo oczywistych braków w reputacji i cnocie. Obiektu idealnego niestety na swoim roku nie znajdę, mimo że w innych środowiskach są przebłyski. Brakuje zresztą jakieś wyróżniającej się z odchyłami w moją stronę, tak by była wyraźnym kontrastem dla całej tej hołoty. Wszystkie są takie same, wszystkie jak gdyby skopiowane, sklonowane, jedna jest podobizną drugiej. Jak się domyślam - wszystkie są przekonane o swojej oryginalności i wyjątkowości. Gówno prawda.

Na co teraz czas? Nie wiem. Brakuje mi w sumie jakiegoś zajęcia alternatywnego do studiów. Być może wezmę się ponownie za tworzenie muzyki, ale jakoś tak dla samego siebie to głupio... No i weny mi chyba ku temu brakuje ostatnimi czasy. W czasach niespokojnych, gdy podłączano mi internet, próbowałem coś pisać, ale to również nie szło za dobrze, mimo że całkiem dużo i szybko napisałem. Lecz z perspektywy czasu nie podoba się. Dzięki jednak temu, że po 2 tygodniach czekania internet w końcu założono mogłem obejrzeć sobie kilka filmów (z genialnym "Waterloo" Bondarczuka na czele) i ściągnąć kilka gier. Obecnie pykam sobie wesoło w Rome: Total War: Barbarian Invasion i raz po raz grając Saramtami odpieram najazdy Hunów, Lombardów, czy innych Wandalów. I jest całkiem wesoło. Niestety, nie dane mi będzie zagrać w najnowszą z części sagi "Total War". Napoleon: Total War działa bowiem na mojej maszynie w taki sposób, że zanim zdążyłem kliknąć na jakąś swoją jednostkę to wróg już świętował zwycięstwo.

Jakiś miesiąc temu usystematyzowałem swoje sny. Tj. spisałem je i wrzuciłem do jednego pliku "pdf" tworząc tym samy diariusz snów Boyarskiego. Może jeżeli będzie mnie się bardzo chciało to stworzę jakieś fajowskie statystyki, w którym zawrę co się śniło najczęściej, kto się śnił najczęściej, ile średnio przypadało snów na jeden dzień i tak dalej. Tutaj śni mi się jakoś tak dziwnie mniej, przez co tow. Zakrzowianin będący standardowym "sno-odbieraczem" za wiele do czytania nie ma, aczkolwiek kilka epickich (aż dwa bodaj) projekcji sennych trafiło się. Zapewne ukażą się w trzecim lub czwartym wydaniu mojej Księgi Snów. Bo to fajna rzecz jest. Zwłaszcza, gdy fabuła zaczyna układać się w coś sensownego, a nie tylko durnowate przeskoki z miejsca na miejsce. Czasami w ogóle wydaje mnie się, że fajnie byłoby tam zostać na zawsze, tj. trafiać tam całkowicie świadomie każdej nocy. Ale trochę nie pyka, gdyż celowe wywoływanie snów świadomych jest grzechem, a nawet jeżeli trafiłby mnie się taki sam z siebie to i tak rano nie pamiętam z niego zbyt wiele.

Nie wiem czy wrócę do w miarę regularnego pisania na Quattro. Dobrze by było, mimo że obecnie liczba potencjalnych czytelników wynosi 2 (słownie: dwa). Dobrze bowiem jest zostawić po sobie coś dla świata. A tworzenie nowych wpisów przesuwałoby starsze wpisy w odmęty historii. Dlaczego tam? Bo z perspektywy miesięcy wydaje mnie się, że to co było tam pisane jest nieraz niemalże żenujące. Zwłaszcza taki charakter mają dwie, czy trzy noty pisane wyraźnie "pod kogoś". A że ten ktoś już obecnie w mojej prywatnej liście rankingowej jest bardzo nisko (życie weryfikuje wcześniejsze decyzje)... Obecnie nie ma nawet pod kogo pisać. Będę więc pisał pod siebie, tak bym nie wyszedł z wprawy (niejako już wychodzę, zauważyłem to pisząc ten wpis), bo mój unikalny styl z tego łez padołu zniknąć nie może. Byłaby to strata jednej z najpiękniejszych rzeczy. No i strata jednej z moich zalet, a każda zaleta jest przecież na wagę złota.

sobota, 24 października 2009

Kloc towarzyski.

Żyje wśród nas, większości społeczeństwa nie przeszkadzają, mają swoje rodziny, domki, być może mają nawet swoje życie, lecz jednostkom wybitnym, takim jak ja, uprzykrzają życie. Zazwyczaj się nie denerwuję, jestem oazą spokoju, mój spokój zresztą jest już zjawiskiem wręcz legendarnym, ale kloce mnie irytują. Być może ze względu na to, że nic poza głupotą nie potrafi mnie zdestabilizować. A taka wyrafinowana głupota, której sami jej sprawcy chyba nie są do końca świadomi...

Czym się zajmuje kloc? Kloc towarzyski mówi po to, by mówić. Pyta Cię np. o to jak tam u Ciebie ze zdrowiem, mimo że w rzeczywistości ma głęboko w poważaniu to, czy chorujesz, czy nie, czy umierasz na raka, czy może masz mortodemię. To całkowicie nieistotne! Liczy się tylko to, że mógł zaangażować parę sekund swojego życia w ten bezsensowny proces. W moim przypadku są to prawie zawsze sekundy, ze względu na to, że ze mną kloce nie mają łatwego życia. Udzielam zdawkowych odpowiedzi i nie daję się sprowokować do bezsensownej konwersacji o niczym. Już lepiej pobredzić niż gadać o totalnych oczywistościach, czyż nie? Klocom można dedykować słowa modlitwy św. Tomasza, która chyba już się na tym blogu pojawiała, chociaż nie ma pewności - "Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, ze muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.". Zaś do mnie niech trafią inne słowa, kończące ten utwór - "Użycz mi chwalebnego uczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać."

Skąd się wzięła nazwa kloców? Z komiksu "Wilq - Superbohater". Niezwykłe zjawisko. Bardzo prymitywny humor, ale czyta się świetnie. Jak ktoś chce próbkę cytatów to może wbić na http://pl.wikiquote.org/wiki/Wilq_-_Superbohater, a następnie na wilq.pl. Szczerze polecam. Ale jak ktoś nie chce, to ja do tego nikogo nie zmuszę. No bo i po co? Są ważniejsze rzeczy do robienia niż jakieś komiksy to róbmy te rzeczy ważniejsze. Wszystko ma swoje priorytety, niestety.

P.S. Ja tu zacząłem pisać, a się chyba nikt tym nie przejmuje. W sumie dobrze. Bo są ważniejsze rzeczy niż jakieś tam blogi, ale... To nie jest jakiś tam blog. No więc?

wtorek, 20 października 2009

Seks.

Modne jest ostatnimi czasy wtrącanie seksu w każdy temat. Więc i - w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości - u mnie coś takiego zagościło. Przed seksem nie uciekniesz. Zaczyna się na reklamach, w których panny pod prysznicem dostają orgazmu przy szamponie, a kończy tutaj.

poniedziałek, 19 października 2009

Chciałbym.

Chciałbym pisać teksty jak Ziemkiewicz.

środa, 21 stycznia 2009

Parada alkoholików.

W Polsce, czyli tutaj, istnieje bardzo duża grupa osób czynnie spożywających alkohol. Istnieje jednak inna grupa, która od spożywania alkoholu jest uzależniona, a piwo/czysta/wino/karamuczo są dla nich sensem życia. Ludzi tych nazywamy alkoholikami, co ich nierzadko obraża. Mamy w naszym pięknym kraju także inną grupę społeczną, dużo dziwniejszą i mniej zakorzenioną w polskiej tradycji, czyli homoseksualistów. Ich dla odmiany obraża nazywanie ichnich upodobań seksualnych "pedalstwem". Gdzie tu podobieństwa zapytacie? Ano są i to całkiem duże, chociaż w żaden sposób ich doszukiwanie się nie ma na celu obrażenia tych pierwszych. Bo nie oszukujmy się - wyrażenie "pedał" jest dużo bardziej pejoratywne od wyrażenia "alkoholik".

Geje lubują się w organizowaniu wszelakich parad miłości, czy innej równości, przy okazji których dochodzi do zakorkowania miasta i wzmożonej aktywności grup faszystowskich, oraz Młodzieży Wszechpolskiej (fajny skrót ma ta organizacja, o ile jeszcze istnieje). W paradach tych pedalstwo domaga się uznania różnorakich praw, w tym tak absurdalnych jak prawo do posiadania dziecka. Owszem - jak dla mnie mają oni pełne prawo do potomstwa, tylko najpierw niech sobie to dziecko zrobią, jeśli im się uda - mają moje szczere gratulacje. Domagają się również uznania ichniego prawa do małżeństw i w tym swoim domaganiu się zazwyczaj zarzucają kościołowi katolickiemu konserwatyzm, obskurantyzm i parę innych dziwnych rzeczy. Oczywiście w żaden sposób nie widzą tego, że kościół katolicki kieruje się Biblią, a w Biblii nie ma ani słowa o dopuszczaniu takiej możliwości. Nie ma też słowa o celibacie, ale to zupełnie inna sprawa. Natomiast w Koranie przeczytać możemy, że Mahomet stosował stosunek przerywany ze swoimi towarzyszami, hm... Oczywiście jestem przeciwnikiem związków homo, lecz ja jestem przeciwnikiem jakichkolwiek małżeństw państwowych, gdyż to małżeństwa są najczęstszą przyczyną rozwodu. Swoją drogą gejowski rozwód potwierdzony przez papieża? Nie daj Boże czegoś takiego dożyć...

Tymczasem co w takim wypadku powinien powiedzieć zwykły szary alkoholik? Ano - powinien pójść za moim głosem rozsądku i zorganizować, wraz z innymi jemu podobnymi osobami, paradę alkoholików w centrum Warszawy. Dla większego rozgłosu - parada ta powinna być przeprowadzana bez zgody władz miasta, przez co - jako nielegalne zbiorowisko - winna być rozpędzona przez policję. Dobrze by też było zaaranżować atak skrajnie lewicowych organizacji wspierających abstynencję, jakiś Warszawski Klub Abstynentów, czy coś w tym rodzaju i z nimi również się pojedynkować. A w imię czego? Ano cała ta maskarada - w imię praw ludzi konsumujących napoje wyskokowe. Pokażcie, że jesteście dyskryminowani - pracodawca posiada prawo do zwolnienia was tylko dlatego, że pijecie w pracy, a to godzi w waszą wolność! Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce, nawet w pracy! Wprawdzie w Peru sąd doprowadził do tego, że zwolniony z takiegoż powodu pracownik musi zostać przywrócony do pracy, lecz nam do Peru jeszcze daleko. Alkoholicy są też dyskryminowani w inny sposób - zabrania się im wsiadania po pijanemu do samochodów, a gdy ich się na tym przyłapie - niejednokrotnie wsadza do więzienia. A przecież konstytucja Rzeczypospolitej gwarantuje wszystkim obywatelom równość. Dlaczego więc trzeźwi nie są zatrzymywani za jazdę samochodem, a?

Alkoholików - w przeciwieństwie do gejów - cała masa "praworządnych obywateli" socjalistycznego świata stara się leczyć z alkoholizmu, a nawoływanie do leczenia pedalizmu jest nazywane średniowiecznymi metodami, etc. Tymczasem alkoholizmu nie da się wyleczyć, alkoholikiem jest się do końca życia, nawet jeśli się przestanie pić, a potwierdzi to wielu cenionych terapeutów. Co ciekawe - w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia lekarze bardzo często odmawiają pomocy, co jest skandalem, lecz w żaden sposób nie jest ten skandal nagłaśniany. A jak ktoś coś na homoseksualistów powie to już go torebkami (różowymi naturalnie) po głowie biją. W imię walki z alkoholizmem nie pozwala się ludziom na kulturalne spożywanie świeżo nabytych napojów na ławeczce pod sklepem, co powoduje, że każdy pijący jest traktowany jak potencjalny przestępca. Jakoś nikt nie próbuje delegalizować sportu, kiedy to młodzi chłopcy oglądają jak spoceni faceci prezentują swoją tężyznę realizując w jakichś wymyślnych dyscyplinach, mimo że już Zygmunt Freud zaliczył sport do zboczeń. Inna sprawa, że do zboczeń zaliczył on wszystko co nie odpowiadało jego wizji świata.

Z alkoholików nasze socjalistyczne państwo ma pożytek niewątpliwie większy niż z gejów (i lesbijek, ale one potrafią być fajne, jeśli ktoś wie o czym mowa), a mimo to ich dyskryminuje. Kolejne rządy walczyły z alkoholikami, a jednocześnie łatały dziurę budżetową przy użyciu pieniędzy z akcyzy, a także z podatku VAT od napojów alkoholowych, które to napoje są dużo droższe od napojów bezalkoholowych. Nie mówimy tu oczywiście o piwie DIT, jednym z przypadków, kiedy to mając 3 złote kupujemy 3 piwa i jeszcze otrzymujemy resztę. Dlatego też trzeba z tą sytuację wreszcie skończyć - alkoholicy - wyjdźcie na ulicę i pokażcie, że jest was wielu! Walczcie o swoje prawa, a także żądajcie nowych! Walczcie również o to, by lewicowe organizacje walczące z dyskryminacją wpisały was problem jako "dyskryminację ze względu na upodobania dot. spożywanych napojów". Nadszedł czas wyzwolenia!

niedziela, 18 stycznia 2009

18-01-2009

Komisja Europejska stwierdziła, że oprogramowanie Microsoftu nie pozwala konsumentom na dokonanie swobodnego wyboru, co jest sprzeczne z europejskim prawem. - Wiązanie Internet Explorera z systemem Windows szkodzi wolnej konkurencji na rynku przeglądarek internetowych, co dla konsumentów oznacza ograniczenie możliwość wolnego wyboru - napisała w swoim piątkowym oświadczeniu komisja. Microsoft oświadcza, że zamierza odpowiedzieć na zarzuty KE. Firma ma na to osiem tygodni.

Proszę państwa - głupota i piękny przejaw hipokryzji. Unia Europejska stara się o dobro wolnej konkurencji. Przypomnijmy - ta sama Unia Europejska ustala tzw. "normy unijne", które właśnie w wolną konkurencję godzą bardziej niż Internet Explorer dołączany do Windowsa. Dla przykładu Unia ustala, że jajko musi mieć konkretną wielkość, nie może być mniejsze, nie może być bardziej ciemne, musi spełniać określone warunki. Za sprzedaż pozostałych jajek producent otrzymuje karę. Działa to w sposób zły na kury, które oczywiście do norm dostosować się nie mogą, spada produkcja (bo praktycznie jajko niespełniające normy jajkiem nie jest, bo sprzedane - w myśl prawa europejskiego - być nie może), a przez to również i dochody kurzych ferm. Dlaczego konsument nie ma samemu prawa wybrać czy chce kupić jajko małe, czy duże? Czy Unia naprawdę wierzy w to, że ludzie są takimi idiotami, że będą brali małe jajka? Oczywiście, że nie. Wybiorą te lepsze. W kwestii firmy, której nazwa brzmi po polsku "Mały i miękki" - ciekawi mnie w jaki sposób UE chce rozwiązać kwestię wyboru przeglądarki - wszak w przypadku braku Internet Explorera możliwość ściągnięcia Mozilli/Opery/Chrome'a będzie niemożliwa bez znajomości bezpośredniego linku do downloadu. Nikt z nich o tym nie pomyślał?

Warto też sobie zadać pytanie co w takim razie z Linuxem? Osobiście posiadam Mandrive 8.0, czy coś takiego na płycie i tamże - gratis z systemem - znajduję się Mozilla Firefox. Czy to nie działa przeciwko "unijnej wolnej konkurencji"? Oczywiście, że działa, tak samo jak fakt, że wiele wersji Linuxa to wersje darmowe. Jest to nieuczciwe w stosunku do Microsoftu, bo zmusza go do obniżenia ceny i poprawy jakości swojego produktu, to straszne. Miejmy nadzieję, że Unia pójdzie po rozum do głowy i się ostatecznie samorozwiąże. Jeśli jednak nie - Microsoft zapłaci karę i być może pogodzi się z brakiem IE na pokładzie. Tylko wtedy pojawia się kolejne pytanie - czy firma z Redmond będzie musiała wycofać swoją przeglądarkę ze wszystkich systemów, czy tylko z tych rozprowadzanych na terenie Związku Socjalistycznych Republik Europejskich?

Sieć dyskontowych sklepów spożywczych Biedronka od poniedziałku wprowadza dla swoich klientów telefonię komórkową, dzięki czemu jest szansa na tańsze rozmowy. To już druga sieć telefonii komórkowej należąca do dużej grupy handlowej - pisze dziennik "Polska".

Tu zaś mamy do czynienia z pięknym działaniem już nie tak bardzo skrępowanych przez unijną biurokrację systemu wolnorynkowego. Carrefour wprowadził swoją własną telefonię komórkową i ustalił ceny na poziomie 49 groszy za minutę rozmowy, miał całkowitą swobodę ustalenia tej ceny, gdyż w kwestii telefonii komórkowej należącej do większej sieci handlowej był praktycznie monopolistą. Tymczasem Biedronka oferuje nam rozmowy o 16 groszy tańsze, co oczywiście zmotywuje Carrefour do obniżki, gdyż w przeciwnym razie czerwona alternatywa w kropki przejmie ich tak obecnych jak i potencjalnych klientów. Zapewne - jeżeli eksperyment ze sklepowym operatorem się przyjmie - nastąpi dalszy wysyp tego typu usługodawców, co powinno ponownie poskutkować obniżką cen. A tego typu sieci są również dobą reklamą dla supermarketów, więc nie wykluczone jest, że ceny będą poniżej poziomu kosztów, wszak w sklepach pieniędzy nie brakuje.

Całość brzmi być może dosyć groteskowo, razem z Długim wyśmialiśmy wprawdzie Biedronofon, lecz niszowe sieci mają w Polsce relatywnie dużą popularność, na ten przykład - kierowany dla prawdziwych mężczyzn MobilKing zdobył już ok. 150 tys. klientów, mimo, że jego oferta niejako z definicji powoduje utratę połowy potencjalnych klientów. Tę połowę, której naturalnie czegoś brak między nogami. Dlatego więc nie powinny dziwić wybryki Jeronimo Martens, czy jak im tam, a nawet wprost przeciwnie - w najbliższym czasie powinniśmy się spodziewać dalszej ekspansji - pojawić się mogą np. sieci komórkowe gazet, telewizji (Polsat już coś takiego tworzy, lub nawet stworzył), radiów (Maryja GSM?), etc., etc. Dla nas - klientów - jest to oczywiście zjawisko jak najbardziej pozytywne i powinniśmy się cieszyć, nawet jeśli zobaczymy, że sąsiad korzysta z telefonu o kolorze czerwonym w czarne kropki.

Sąd najwyższy w Peru uznał, że pracodawca nie może zwolnić pracownika tylko z tego powodu, że przyszedł do pracy pijany. Nakazał ponowne zatrudnienie sprzątacza, który zjawił się w pracy pod wpływem alkoholu i z tego powodu stracił pracę. Decyzję sądu krytykuje peruwiański rząd, który uważa, że wyrok to groźny precedens.

Socjalizm w Peru, w wykonaniu sądu, słusznie skrytykowany przez peruwiański rząd. Oto bowiem sąd ingeruje w wolność gospodarczą pracodawcy, który powinien mieć pełne prawo zwolnić tego pracownika, którego zwolnić chce. I to nie tylko z powodu pijaństwa, równie dobrym powodem może być to, iż zwyczajnie ten pracownik jest mu niepotrzebny. Co gorsza - sąd nakazał pracodawcy przyjąć feralnego pracownika z powrotem. I teraz się zastanówmy co się może wydarzyć. Przypuśćmy, że w firmie owej zatrudniony jest jeden sprzątacz, ten który zajął miejsce pijaka. Sąd nakazał przyjęcia alkoholika z powrotem, a firma nie potrzebuje dwóch sprzątaczy, co się stanie? Otóż zapewne obecny pracownik zostanie bądź to zwolniony, bądź obniżona zostanie mu pensja, przez co sam się zwolni. To spowoduje kolejny proces i błędne koło toczyć się będzie do momentu, kiedy przedsiębiorstwo upadnie.

Ochrona pracowników jest jednym z największych socjalistycznych zeł (złów?) na tym świecie. Oto bowiem w imię dobrobytu proletariuszy na wrednych kapitalistów nakłada się coraz większe wymagania, co powoduje zwolnienie tempa rozwoju owych przedsiębiorstw. Tymczasem rynek pracy winien rządzić się dokładnie takimi samymi zasadami jak wszystkie inne rynki - usług, towarów, bankowy, etc. Kapitaliści na rynku pracy powinni konkurować o pracownika zachęcając go do podjęcia pracy akurat u nich przy pomocy np. wysokich wynagrodzeń, czy równie wysokiego standardu pracy. Działa to także motywująco na pracowników, albowiem każdy z nich musi przekonać, że sam jest najlepszym kandydatem. W tym celu będzie on dążył do zwiększenia swoich kwalifikacji, itd. Proste to i logiczne, lecz nie dla związków zawodowych, czy peruwiańskich sądów. Jedno i drugie jest czerwone. Białe jest białe, czarne jest czarne, a czerwone wredne.