środa, 31 grudnia 2008

Ostatni sen roku 2008.

Witam. Ostatni post tego roku musi być szczególny. I będzie, chociaż musi zawierać kluczowe elementy właściwe wszystkim innym postom. Otóż w pierwszej części tego wiekopomnego postu umieszczony zostanie opis ostatniego snu tego roku, który to sen całkowicie przypadkowo zapamiętałem. Sen ów jest bardzo długi, jak większość postów, ale... No, jednak jest dłuższy, a ja dodatkowo go ozdobię różnorakimi środkami stylistycznymi. Drugą częścią będzie tradycyjnie podsumowanie roku 2008, jego plusy, jego minusy, jego cechy neutralne, osiągnięcia, wielkie klęski, oraz wielkie zwycięstwa.

Sen mój zaczął się w nocy. Wbrew pozorom nie chodzi tu o to, iż śnić zacząłem w nocy, nic z tych rzeczy. Sen dział się w nocy, początkowo nawet padał deszcz. Pierwsze skojarzenia jakie miałem to bez wątpienia... trailer "starego", emitowanego kiedyś na Polsacie filmu wojennego pt. Stalingrad. Gdybym wiedział, że śnię to na pewno bym miał nadzieję na wielką potyczkę na równie wielką skalę. Nic z tych rzeczy jednak. Szedłem w kierunku Drągawy, bądź Drągowa. Wieś nazywa się w rzeczywistości "Drągów", lecz tubylcy mają tendencję do zmieniana tej nazwy, nie podoba im się? Być może tak, ale to nie jest tematem tego posta. Widzicie jak w dziki sposób przy użyciu wyrażeń zwodniczych wszystko zostało wydłużone? Uczcie się od mistrza. W śnie zaczętym szedłem do Drągowa na nogach, pieszo, a w międzyczasie zaczęło się wypogadzać. Pogoda się poprawiała znaczy się. Co ciekawe przez ów początek nawet nie wiedziałem, że tam idę, byłem przekonany o tym, że nic nie wiem. Dopiero gdy znalazłem się na prostej stromej, prowadzącej w kierunku stawu zorientowałem się, gdzie jestem. Pamiętam to miejsce doskonale z licznych wydarzeń mojego życia.

Znalawszy się na dole dojrzałem swojego ekhm... kolegę, który już tu wielokrotnie był w sposób niemiły wspominany. Dojrzałem także jakiegoś czarnego psa, rasy mieszanej. Tu się zaczyna science-fiction, albowiem razem z tym psem, oraz kolegą ekhm... niesiemy książkę jakąś. Jest to gruby tom, nie mam pojęcia czyjego autorstwa, nawet w sumie nie chciałbym wiedzieć kto takie kobyły pisze. Na całe szczęście nie przyszło mi tego czytać, bo mimo, że pisać lubię, to z czytaniem przymusowym nie jest już tak różowo. W międzyczasie zrozumiałem, że ten pies potrafi gadać, a my idziemy w kierunku krzyżówki, gdzie znajduje się kapliczka z Matką Boską, której to kapliczki tam być nie powinno. Bo nie. Wraz z gadającym czworonogiem wchodzę do jakiegoś budynku, domu, który w obecnym czasie kojarzy mi się raczej z domami na goszczańskim osiedlu niż z mieszkaniami na wsi, lecz to nieistotne. W budynku owym dowiaduję się, że akcja dzieje się dzisiaj, czyli 31.12.2008, środa. Wskazują na to przygotowania do imprezy sylwestrowej, którego to sylwestra ja obecnie spędzam w internecie, bo mi się tak chce. Do domu wchodzą uczniowie klasy IIE, tacy jak Boczek, czy inny Nikoś, albo Sid, ale także i kolega od lat, Adam P., fan dokonań narciarskich swojego imiennika - Małysza. To mnie dziwi, bo raczej sobie czegoś takiego nie wyobrażam. Odwracam się za siebie i naglę widzę piękność twardogórską, bohaterkę wpisu pt. "Suche Marzenia.", Martę Sch. w całej swej piękności. Jej obecność we śnie to prawdziwy rarytas. Podążam za nią wzrokiem i widzę także, że rozmowny pies ucieka po schodach na górę. Dziura we śnie numer 1.

Tym razem miejscem snu jest mój pokój, ten w którym obecnie siedzę i piszę podsumowanie roku oneirycznego. Świeci się w nim światło, takie trochę nienaturalne, a ja podchodzę do wyjścia z niego. Widzę, że w pokoju gościnnym, inaczej mogącym być nazwanym salonem, siedzi ciotka Maryśka z Wrocławia, siostra mojego dziadka Antoniego, tego słynnego klucznika. Ciotka owa rozmawia coś o jakichś bananach, czy czymś, co jest normalne, gdyż zawsze tego rodzaju owocowe fanty ze sobą przywoziła. Nagle sytuacja zaczyna się diametralnie zmieniać, za oknem zaczyna szaleć burza, chyba nawet magnetyczna, bo normalne to to nie jest na pewno. Widzę między innymi jak za oknem na jakimś hm... na nici pajęczej zjeżdża w kierunku mojego domu kot. Tak, najnormalniejszy kot, Jacek Mruckiewicz jak to go mój brat ochrzcił. Wjeżdża do mojego pokoju, a następnie odjeżdża w sposób specyficzny, albowiem przeciska się przez niewielką (góra 2 milimetry) wnękę między oknem, a ścianą. Nikt nie mówił,że będzie normalnie, ja się zaś tym wydarzeniem zupełnie nie przejmuję, jak to zwykle, nigdy mnie w snach takie sensacje nie zaskakiwały. Do pokoju wchodzi matka.

Razem z rodzicielką włączamy telewizję, co jest logicznym zachowaniem w obliczu jakiejś szalejącej za oknem burzy. W telewizji leci program prowadzony przez znanego wszędzie, także tu i ówdzie, konferansjera Piotra Bałtroczyka, pracującego obecnie dla Polszmatu. Pan Piotr prowadzi dosyć specyficzne widowisko, swego rodzaju połączenie wyborów miss świata z... No z nie wiadomo czym, nie dochodzi wprawdzie do scen topless, lecz między kandydatkami na miss przebiega kot, być może nawet ten sam kot, który bawił się w spidercata. Trzeba podkreślić, że wszystkie kandydatki miały włosy koloru blond, a Marta z dwóch akapitów wyżej jest, jak oczywiście wszyscy wiedzą, dziewczyną o ciemnym kolorze włosów. Może jest to swego rodzaju kontrast w tym moim patrzeniu na świat inaczej niż robi to większość? A może to jakaś ogólna dezaprobata na blondynki? Może to też być efekt poszukiwań jakiejś tatarskiej blondynki, której to ja nie znam, ale które to zna sympatyk Małysza. Teresa B. stwierdza coś o jakichś ekipach startujących w tej elekcji piękności, a ta część snu kończy się.

Tym razem jestem z dziewczyną, której nie znam i nigdy przedtem na oczy nie widziałem. Jesteśmy razem w sklepie, który to sklep przypomina bardzo goszczański GS sprzed remontu, kiedy często po lekcjach chodziłem tam na oranżadę "na miejscu". Dziewcze-nieznajome jest wzrostu raczej niskiego i ma włosy koloru brązowego, raczej yyy brzydkie, nie podoba się mnie. Oprócz jej jest też tam fan Małysza i w takim składzie wychodzimy ze spożywczo-przemysłowego. Wychodząc potwierdza się teoria o goszczańskim zlokalizowaniu snu, albowiem jestem tam gdzie być powinienem, na drodze przez plac pałacowy. Piękna pogoda wskazuje na lato, lub wiosnę. Idę i widzę, że na ziemi leżą jakieś papiery, jak się okazuje są to dokumenty mojego brata, karta rowerowa, oraz legitymacja szkolna, ale także i jedno moje zdjęcie. Wyglądam na nim tradycyjnie źle, gdyż fotogeniczny to ja nie jestem. Pamiętam jednak kiedy było ono robione - był to rok 2004, a więc bardzo dawno temu. Biorę je ze sobą i odchodzę w kierunku pałacu.

Kolejna zmiana snu, tym razem jest to powrót do pokoju dowodzenia, czyli mojego. Jest ciemno, ale już inaczej, mniej więcej tak jak teraz, z tą różnicą, że rolety na oknie są odsłonięte, przez co dociera tu trochę światła z zewnątrz. Siedziałem przed komputerem, a obok mnie znajdował się alkoholik, tzn. wujek Krzysztof. Na ekranie komputera była gra komputerowa, swego rodzaju mieszanka Hearts Of Iron II, oraz Victoria: Revolutions. Na ekranie widać jak Polacy, w ekstremalnie krótkim czasie odkrywają technologię produkcji broni atomowej, zajmuje im to ok. 21 dni. Wujek Krzysztof trzeźwo zauważa, że to zbyt szybko. I nie chodziło mu tylko o to, że były to ledwo 3 tygodnie, lecz i o rok, w którym się to dzieje - sierpień 1880. Ciekawe wydarzenia miały miejsce również na Kaukazie, gdzie w kierunku Rosji uderzały połączone siły Wielkiej Brytanii, oraz Chin. Aberracja w pełnym tego słowa znaczeniu. Interpretacja tego czegoś jest niezwykle trudna, zwłaszcza w kontekście mojej rusofilii - nie pozwoliłbym wszak na jakieś głupie rajdy po terenie Imperium...

Ostatnia faza snu jest trudna do umieszczenia na geograficznej mapie świata odkrytego. Ma miejsce na swego rodzaju stadionie, czy czymś takim, trochę to mi przypomina połączenie stadionów Pogoni Oleśnica, Pogoni Syców, Gawina Królewska Wola, oraz Wiwy Goszcz, lecz już samo wymienienie tego, do czego to niby jest podobne wskazuje, że lokalizacja nie należy do rzeczy najłatwiejszych. W początkowej fazie snu siadam na drewnianych trybunach, a przede mną siada Aleksandra K. von Gross Wartenberg, postać szczególna dla roku 2008. Zostawia jakąś kawę, lub coś co ja w początkowej fazie identyfikuję jako kawa. Aleksandra idzie do jakichś swoich koleżanek zostawiając napój samemu sobie. Nagle dołącza do mnie Bartosz K., obecnie w ten czy owy sposób związany z panną K. Wypija tę herbatę, gdyż okazuje się, iż to herbata jest, lecz nie w całości, a tylko w ok. 1/3 pojemności szklanki. Zapytuje mnie czy chciałbym się napić, odmawiam, więc osobnik ów wylewa to coś na ławkę za nami. Na ławce tej siedzi Paulina S., bardzo fajna osoba, w praktyce nawet fajniejsza od tej pijącej-niepijącej, Boyarski dziwnym wzrokiem obserwuje rozlewającą się herbatę i z głupawym śmiechem wypala "Cieczka, haha". Dosyć żenujące to było, lecz Michał S., lubiący wyraźnie takie dowcipy wybucha śmiechem.

Patrzę na telebim znajdujący się na północny zachód ode mnie (zakładając, ze na wprost ode mnie jest północ), gdzie widać jakieś owce, a wśród owiec czarne konie. Stwierdzam, że "O! Czarna owca!" i znowu wszyscy wybuchają durnym śmiechem. Obraz na telebimie zmienia się jednak na coś innego, tym razem jest to swego rodzaju reklama, mowa w niej jest o nowych, ciekawszych wydarzeniach na lekcjach... wuefu. Między innymi przedstawiono tam program grania w pokera na lekcji, co zostaje skomentowane przez Bartosza K., że oto ów osobnik kiedyś tam grał. Dziwne, żeby nie grał. Każdy kiedyś grał. Potem mowa jest o transmisjach z Premier League na antenie... Discovery Channel, a dalej najszybciej strzelona bramka świata, w tym jakieś durnowate zachowanie bramkarza po bramce strzelonej z odległości 85 metrów. Tak kończy się ostatni sen w roku 2008... Przechodzimy do podsumowania całości roku, nie tylko snów.

Rok 2008 trwał 365 dni, lecz wydawał się być rokiem bardzo krótkim, wszystko przeleciało bardzo prędko, wszak jeszcze teraz pamiętam co się działo w takim marcu np. A działo się z drugiej strony bardzo dobrze. Cały rok w kategorii mojego samopoczucia był pełen różnorakich kontrastów, czasami czułem się jakbym był najszczęśliwszym człowiekiem świata, innym razem byłem na granicy załamania nerwowego i zbierałem 21 punktów na 21 możliwych w teście Becka, który liczy jak blisko depresji się znajdujemy. Powodem tych depresji, jak i uniesień zresztą też była ta sama osoba, którą aktualnie postanowiłem całkowicie odciąć od mojego świata, zostawiając tylko na jakieś tam zwykłe problemy typu "cześć-cześć" i inne takie. Przy okazji była to zdecydowanie największa klęska roku 2008. W szkole zaś oprócz romansowania również uczymy się, co dla wielu może zabrzmieć jednak wręcz nieprawdopodobnie. I tu mamy trochę przełamanie linii defensywnych, zwłaszcza w obecności ocen dopuszczających, które zadebiutowały wśród ocen mi proponowanych. Oczywiście zamierzam z tego wyjść na prostą. Wśród przedmiotów, z których jestem dobry oczywiście pełen progress. W tym roku było jednak zakończenie roku szkolnego 07/08, które naturalnie wypadło dobrze, tak jak się tego spodziewałem.

Potem nastały wakacje, które były dziwne. Jakiś taki neurotyczny humor miałem, cały czas byłem od ludzi odizolowany, ale w sierpniu mi minęło, by wrzesień zacząć normalnie i przy okazji z jednym zaskoczeniem, które ostatecznie okazało się być średnio-miłym zaskoczeniem. Poznałem jednak Martę W., która to Marta stała się stałym elementem życia mniej lub bardziej codziennego, niestety głównie w sieci. Jej obecność być może jako tako uratowała mnie przed klęską. Sytuacja ta była obrazowana w różny sposób w historii batalistyki, ot taka bitwa, gdzie Boyarski gdzieś atakuje, a tu nagle wpada niespodziewany sojusznik, rozwala wroga i zostawia takiego dziwnego oszołomionego na środku pola bitwy. Porównania batalistyczne są przy okazji moimi ulubionymi. Obecnie mamy chyba doktrynę elastycznej obrony. W kategorii dziewuch miałem również próbę zapoznania się z Sylwią A., mieszkającą w Łodzi, lecz wyszło to raczej średnio, od kilka nic nie znaczących rozmów, bez żadnych wniosków, ani konkluzji. Jest też Lena, dosyć dziwny ewenement, jakby nie z mojego świata, jest Zosia, Marilyn Monroe, znana z kradzieży paska z atomówkami. Jest też oczywiście chyba najważniejsza - wielki come back Małgorzaty W., która aktualnie na gronie tytułuje mnie swoim bratem. Bardzo fajnie.

Zmieniłem w roku 2008 poniekąd swoje upodobania muzyczne. O ile 2007 przebiegł pod znakiem elektronicznych dźwięków od Gigiego D'Agostino to w 2008 działo się dużo więcej. Zróżnicowanie większe było. Jak podaje last fm najczęściej w roku 2008 słuchałem Kultu, który to Kult stał się moim ulubionym zespołem, a którego teksty również na moją psychikę wpłynęły. Drugie miejsce zajął Leningrad, również odkrycie tego roku, rosyjskie ska, szalejące jednak od połowy roku, gdzie był tydzień, kiedy słuchałem tego praktycznie bez przerwy. Dalej mamy - KNŻ, oraz Kazika, Leningrad Cowboys, Gigiego D'Agostino, Apoptygmę Berzerk, Stratovarius, El Dupę, O.S.T.R., TPN25, Zacier, Siekierę, Kaliber 44, oraz Muse. Ważne dla roku 2009 będzie na pewno Ostry, oraz Kaliber 44, albowiem pod koniec tego roku zacząłem słuchać inteligentnego rapu, ciągle odcinając się od rapu idiotycznego, czyli np. Don Gurala z Tesco, czy innych takich. Widać jak 2007 rok był rokiem lento violento, 2008 rokiem rocka, to 2009 może być rokiem rapu. Ale nie musi. Może to być coś zupełnie innego, nowego, niespotykanego, wszak gust to ja mam dosyć elastyczny.

I czasami samemu tworzę. Twórczość obudziła się pod koniec roku, kiedy to razem z Fiołką i Kraską to i owo się nagrywało. To i owo było również hitem na przerwach przed lekcjami historii, kiedy to w piękny sposób wykorzystywano jakość głośników. Życie to szerokie pole, takie życie ja... Albo inne rozpowszechnione po Kielcach przeboje o tym jak pewna piękna dama lubi żurek. Przypomina mnie się przy tej okazji historia z robieniem paczek dla Ukraińców, kiedy to jak jakiś idiota w sklepie stałem w kolejce trzymając w łapie ryż Sonko. Monty Python się chowa.

Twórczość to także pisanie, w tym pisanie na tym blogu. Blog ów doczekał się, nie licząc tej naturalnie, aż 25 not w tym roku, co jest wynikiem kiepskim w porównaniu z zaprzyjaźnionymi Szani Zero, czy innym Sreberkoichuj, gdzie not było odpowiedno - 188, oraz 138, lecz moje noty są w oczywisty sposób lepszej jakości. Poruszają innych tematów, nie zawierają jakichś krótkich wzmianek o tym, że noty nie będzie, nie ma też jakiegoś wklejania tekstów piosenek. Nie ma czegoś takiego. Parę not było pisane wyraźnie na zlecenie, żeby można było poznać Boyara i te noty przysłużą się ludzkości, bo ktoś Boyara może poznać. A ta co poznała to nie polubiła wystarczająco i ma pecha, bo nie wie co traci. Najgorsze noty są w wakacje, bo wtedy było właśnie słynne 21 z Becka. Najlepsza nota zaś to bez wątpienia Suche Marzenia, niedoceniane jednak specjalnie na całym świecie, ot Szani krótko pochwalił, gratulując zwłaszcza koncówki. A bohaterkę owego opowiadania ja żem w końcu poznał osobiście, przy okazji pewnego wyjazdu kolejowego. I to było dobre, sam wyjazd się oddał.

Rok 2008 jaki więc był? Raczej dobrze się skończył, a to po tym jak się kończy poznajemy jakość roku. Więc będę wam wszystkim życzył wszystkiego najlepszego na ten nowy rok 2009, szczęścia zdrowia pomyślności, oraz wielu nowych postów na Quattrofolium, tak aby nigdy nie zdarzyła się sytuacja, że nie macie na co marnować czas. Chciałbym tu także wszystkich wiernych, lub niewiernych czytelników pozdrowić. Najlepszego!

czwartek, 25 grudnia 2008

Lustro.

Pamiętacie lustro z poprzedniej noty? Na pewno pamiętacie. Wczoraj - tak jak przypuszczałem - kopnąłem w nie, lecz na całe szczęście nie rozwaliłem go. Łapka na myszy nie ruszyła się na całe szczęście, dziwnie by było gdyby doszło do złapania mnie na taką prymitywną pułapkę. Ciekawi mnie sadyzm twórców tego czegoś, wszak jest to pełny sadyzm, w najczystszej postaci. Wyobrażmy sobie małą, puszystą myszkę, która w zimny, grudniowy wieczór wybrała sobie akurat nasz dom na miejsce nocowania. Jest głodna, gdyż od kilku dni nie jadła, zimą o pożywienie na dworze jest wybitnie trudno. I nagle dostrzega ona kawałek pysznego żółtego sera, lub równie pysznej różowiutkiej szyneczki na drewnianym czymś. Jej oczy świecą się, pojawiają się delikatne iskierki, na mysiej twarzy rysuje się mysi uśmiech. Nasza bohaterka rusza ku śniadaniu/obiadowi/kolacji i nagle ma, bierze w usta ser, co powoduje uruchomienie mechanizmu, zostaje przygnieciona, jej wnętrzności rozrywają pokrytą futerkiem skórę, ginie w potwornych męczarniach. A chciała tylko się najeść. To nie musotarne.

Wczoraj była wigilia. Tak jest, wigilia święta narodzenia Boga Słońca Saturna, czy kogoś takiego. Tymczasem wigilia święta narodzenia Jezusa Chrystusa wypadać powinna kiedy indziej, w każdym bądź razie nie w grudniu. W grudniu, nawet w Judei jest za zimno, by nocami dzieci rodzić. Czytałem kiedyś, w jakimś dziwnym źródle, że święta były obchodzone w maju, co byłoby dosyć logicznym rozwiązaniem. A sama wigilia? No cóż, u mnie to wyglądało tak, że wszyscy cały dzień się do tego gotowali, a ja spałem sobie smacznie do 15:30. Później nastąpiło jakieś dziwne coś i o 17ej czytałem Pismo, po którego przeczytaniu nagle obalił się stół. Oczywiście nie całkowicie, lecz taka śruba co służy do podwyższenia stołu nie wytrzymała napięcia i perfidnie odpadła. Po chwili to samo stało się z drugą, a wujek Krzysztof bliskim zawału był. Cała kolacja została zjedzona w przeciągu 40 minut. I na co było się tyle czasu szykować, a?

Za rok wigilia będzie inna. Ustaliłem wstępnie z tow. Długim, iż zrobimy ją w myśl nowoczesnej, jeszcze niewprowadzonej tradycji. Na stole wigilijny znajdzie się 12 różnych rodzajów alkoholi, każdy symbolizujący jednego apostoła. Ten najgorszy będzie Judaszem, zapewne będzie to gin. Dlaczego tak? A kto dzisiaj robi tradycyjne 12 potraw? Nikt? Jakieś świry? Nie... Nikt. Chociaż mógłbym mieć wątpliwości, często - a jeszcze częściej w filmach - widać amerykańską Polonię kultywującą ojczyste tradycje. W tym swoim kultywowaniu są oni nierzadko bardziej polscy niż Polacy właściwi, co jest bardzo śmieszne i śmieszy mnie osobiście. Kontynuując temat filmów - Kanadyjczycy, czyli mieszkańcy mojej ulubionej wsi, nakręcili film o polskim weselu. Czyż nie jest to w pewien sposób absurdalne?

A latem mamy pracujące w pocie czoła mrówki. Nasze dzielne mróweczki pracujące dla swojej mrówczanej ojczyzny znalazły sobie źródło zaopatrzenia pod naszym zlewem, gdzie się tłumnie zamnożyły. Słowa "zamnożyć" nie ma w słowniku, lecz uwierzcie mi, iż ono istnieje naprawdę. Więc nasze mrówki w pocie czoła zbierają wszystko co się zebrać da, by przekazać to swojej mrówczanej królowej. Niewątpliwie feministki cieszą się teraz z tego powodu. Zmierzajmy jednak do konkluzji. Wczujcie się, moi drodzy czytelnicy, w taką mrówkę. A raczej w takiego mrówka, który to mrówek wyruszył na "łowy". Rozgląda on się, dotyka wszystkiego swoimi czółkami i nagle widzi. Widzi coś czerwonego, coś co być może jest kolejnym smakowitym kąskiem, coś co może być bardzo dobrym podarkiem dla królowej. Bierze więc na swoje plecy ową czerwoną grudę i rusza do swojej siedziby. Tam mrówki to konsumują i wszystkie zdychają, a tylko dlatego, że chciały się przysłużyć mrówczej kobiecie...

Karta graficzna po ciężkim boju zainstalowana. Radość? Oczywiście. Tylko do czego jest mi ona potrzebna? Nie wiem. Zapytajcie brata, ja i tak na niej (i na nim przy okazji też) zarobię. Lecz komputer nadal nieposłuszny jest. Na przykład kamera internetowa odmówiła posłuszeństwo. Być może po tym jak ukończyłem misję "Install a graphic car" nadeszła misja "Repair webcam". Tylko co jest w ostatniej misji? "Make a child"? Nie... Chyba nie, chociaż takie zakończenie by się mi w miarę podobało. Być może wielu spodziewało się tu jakiejś epic notki. Lecz nie, to nie dzisiaj, dzisiaj, o godzinie 4:15 ręce odmawiają mi posłuszeństwa. Nogi działają jak należy, lecz nogami pisać nie będę, gdyż jest to cholernie niewygodne. Dlaczego siedzę do tej godziny? Nie chciejcie wiedzieć, bo ja sam nie wiem. A nie może dojść do sytuacji, w której to wy wiecie więcej o mnie niż ja wiem sam. Dziękuję. Dobranoc.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Burza mózgów.

Burza szaleje, pioruny uderzają, a mój mózg pływa po oceanie mojego umysłu omijając przeszkodzy w postaci durnowatych myśli, których to myśli nigdy mnie nie brakuje. Prognozy pogody nie zapowiadały opadów głupoty, lecz niżowy front znad Łodzi spowodował nagłe załamanie i oberwanie chmury z idiotyzmami. Dla niektórych idiotyzmem na pewno będzie mój czasowy zwrot w kierunku rapu. Nie jest to jakieś całkowite przemieszczenie się na takie pozycje, lecz po prostu posłuchałem tego i owego. Abradaba konkretniej, bo lubię. Lubię Kaliber 44 i tyle. Ale nie lubię wciaż 99 999 innych rapowych zespołów i to się nie powinno zmienić. Jest delikatna różnica w słuchaniu jakichś pozytwnych rytmów, a słuchaniu pseudo gangsta rapu, w którym to rapowane jest o żenująco niskim poziomie życia, kiedy to w teledyskach występują jakieś super wypasione fury. Super wypasione fury są dla super wypasionych ziomów.

Kryzys ekonomiczny jest. Unawidoczniony jest np. w grze giełdowej, w której mam celność uczestniczyć, gdzie to zaliczyłem potężny spadek rzędu 13 złotych w porównaniu do sesji poprzedniej. Poważnie zastanawiałem się nad skokiem przez okno, lecz było zbyt zimno, by je otwierać. Co ciekawe pod oknem z mojego pokoju stoi szafka. Perfidna niebieska szafka z lustrem. Obok perfidnej niebieskiej szafki z lustrem znajduje się łapka na myszy, lecz nie jest ona podmiotem naszych rozważań. Chodzi o szafkę, w szafce bowiem jest lustro, a gdy stłuczemy lustro zgodnie z ludową mądrością czeka nas 7 lat nieszczęść. I tu dochodzimy do pointy. Dlaczego szafka ta stoi na ziemi, tak żebym łatwiej mógł ją kopnąć? Predestynacja jakaś, czy co? A może to już swego rodzaju zamach na mnie, ktoś celowo tę szafencję ustawił, żebym w nią kopnął i miał kolejne 7 lat nieszczęść?

Mówią, że co 7 lat zmieniają się cykle szczęścia lub nieszczęścia. Empirycznie jednak jestem w stanie temu zaprzeczyć. Gdyby była to prawda to najprawdopodbniej do 7 roku życia byłbym nieszczęśliwym, potem żyłbym w szczęściu, a obecnie umierał z rozpaczy. Rozpacz płynie rzeką przez świat, chociaż ostatnio jestem w stanie stwierdzić, że to się zmienia. Zmienia się co chwila, jak w kalejdoskopie. Pewien problem został nagle dziwnie rozwiązany w taki sposób, że ktoś inny wszedł w jego posiadanie i mnie od razu lepiej. Jaki to ma związek z cyklami? Nie ma wcale. Chyba, że te cykle odbywają się co jakąś nieokreśloną liczbę dni. Wtedy to byłaby prawda, lecz czy cykle wciąż byłyby cyklami? Chyba już nie.

Z podstawówki zapamiętałem pewną dziwną scenę. Działo się to w szóstej klasie, na lekcji matematyki. Matematykę mieliśmy z człowiekiem po AWF, który jednocześnie był nauczycielem wychofania fizycznego, znany był z tego, że odganiał nas od tworzenia własnej matematyki, w której to dało się wyliczyć liczbę pi. Ta liczba, ani nauczyciel nie są jednak tematem sceny. Scena wyglądała mniej wiecej tak: uczniowie SP Goszcz siedzą sobie niespokojnie na matmie, nagle ktoś puka do drzwi. Krzyczym, by wchodził, bo Goszczanie każdego ugoszczą. Mniejsza z tym, że Goszczan w tej szkole było mniej niż innych narodowości. Wchodzi taki typek mały, okulary na nosie, fryzura a'la Depeche Mode i mówi, że "Psysedłem posycyć cykle". Klasa w śmiech, młody coś tam dostał. Dlaczego to pamiętam? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. 

Podstawówka to było życie. Znaczy życia tam nie było, bo wyginęło, obecnie bywam tam czasami grając w nożną piłkę kopaną na hali. Jako bramkarz-akrobata. Do historii już przejdzie moje kamikaze kiedy to po pięknym locie w kierunku własnej bramki wylądował hen pod automatem z imperialistyczną Coca-Colą. Nie żebym coś miał do markowych ordzewiaczy, lecz to dosyć dziwne było. Równie dziwne jak to, że w holu tejże sali stoi obecnie szopka bożonarodzeniowa. Robią szopę z tą stajenką, tego się nie da ukryć. Za to jest dodatkowa rozrywka - kto jako pierwszy trafi piłką do żłoba.

Według kalendarza już jutro, to jest 24 grudnia, wigilia świąt Bożego Nardodzenia. Mimo to święta ciągną się za nami już od 12 listopada, kiedy to nagle wszystkie Biedronki, Eka, Plusy, Karfury i inne takie udekorowane zostały komercyjną otoczka świąt. Taki św. Mikołaj np. Człowiek ów był biskupem i to na Słowacji, nosił się więc jak na biskupa przystało. Znany stał się dzięki temu, że rozdawał ludziom prezenty. Znaczy bardziej dzieciom niż ludziom, ale to nie jest istotne do zrozumienia istoty problemu. Istotne jest to, że święty Mikołaj jest teraz skomercjalizowany i jawnie kojarzony nie z biskupem, a z zastrzeżonym znakiem towarowym Coca-Coli. Tak, to Coca-Cola wymyśliła świętego mieszkającego na biegunie, w czerwonym kubraku, z białą długą brodą, etc., etc. A naiwni ludzie to kupują.

Mój brat też jest naiwny, bo kupuje, lecz coś z goła innego. Kupuje kartę graficzną. Co to oznacza dla mnie? Dla mnie to oznacza, że mogę sprzedać starą kartę, gdyż dwie są niepotrzebne, wystarczy jedna. Sprzedaż karty co znaczy? Ano zastrzyk pieniężny i wzrost sumy kwoty w mitycznym skarbcu rodu Boyarskich. Potem ktoś będzie jęczał, że ja bogaty jestem. A raczej nie jestem, bo nie stać mnie zakup nowego telewizora po przecież bardzo odległym w czasie zniszczeniu starego. Gdyby ktoś posiadał jakiś na zbyciu - apeluję o wieczystą dzierżawę.

Kiedyś skończą się czasy umysłowej impotencji. Kiedyś jeszcze będę pisał bardzo bardzo regularnie. Obecnie idzie całkiem dobrze, jest to 7 nota z grudnia, czyli od ogólnego wyniku z roku poprzedniego dzielą mnie tylko 2 noty. I rekord ten winien jestem pobić, obiecuję to wam, moi wierni czytelnicy w liczbie minus jednej osoby. Rozkręcać się można, gdyż rozkręcona konstrukcja to konstrukcja luźna. Konstrukcja luźna zapewnia nam zabawy słowem, lub inne takie zjawiska. Słowo jest bowiem na tyle fajne, że można się nim pobawić.

Żegnam was drogie i tanie ludziska. Pamiętajcie o swojej wartości. Jesteście drodzy więc wyruszajcie na kręte drogi swojego życia. Podkreślam - kręte drogi, a nie kręte tani. Krety. Ludzie krety, to są ci, którzy nielegalnie ciągną szambo. Znaczy nielegalnie podłączeni są do szamba. Robią podkop, dziurawią yyy fundament szamba, wkładają tam perfidnie swoją rurę i srają w swoich kiblach, a gówno idzie do cudzego szamba. Ludzie! Trochę więcej odpowiedzialności za produkty własnego metabolizmu!

niedziela, 14 grudnia 2008

Łykend.

Drodzy czytelnicy site'u czarnobylska koniczynka. Tani czytelnicy również. Wiecie po co powstał weekend? Może i wiecie, ale ja nie wiem, nie zastanawiałem się, lecz czas ten bez wątpienia jest przydatny. Do czegoś. Np. do tego, by zacząć kolejną notę, w której autor bez sensu będzie pieprzył głupoty. Jeśli jakaś czytelnicka jest głupia to od boyarskiego pieprzenia głupot może w ciążę zajść. Potem się rodzą takie dzieci dziwne, zamiast urody po matce i inteligencji po ojcu robi się na odwrót. Z weekendu obecnie pozostało samo end. I to nie jest happy end. 
Nie jest to na szczęście dla większości z was end tego wyrzutu. Tylko co ja mam wam do powiedzenia? Że do kościoła nie poszedłem po raz kolejny, bo mi się nie chciało i nie lubię pogańskich zwyczajów? Nie, to już temat na coś długiego. I to wbrew pozorom nie o Nowockiewicza chodzi. Nowockiewicz musi mieć kompleksy, skoro używa pseudonimu "Długi". Zapewne po to, żeby nikt nie pomyślał, że ma coś krótkiego. Ale nikomu do spodni nie zaglądajmy.
Dzwoni do mnie Arcy. Znaczy dzwoni przy użyciu komunikacji internetowej i do mnie zwierzynuje, czyt. naśladuje odgłosy zwierząt. Rozmowy z nim są niebezpieczne dla życia komputera, gdyż często powodują jego zawieszenie się. Ot i niedoróbki techniczne z Ostrowca Świętokrzyskiego. Podobnież ma to także związek z atomowym kotem zagłady, który to atomowy kot zagłady, jak to atomowe koty zagłady mają w zwyczaju, naszczał mu na modem. Podobnież to mój atomowy kot zagłady był, lecz nic mi o tym nie wiadomo, gdyż moje atomowe koty zagłady siedzą w specjalnie dla atomowych kotów zagłady przygotowanym silosie atomowych kotów zagłady. W każdym momencie mogę one wylądować u was więc miejcie się na baczności.
Właśnie przed chwilą (18:25, czyli 3 godziny i 12 minut do papy) doszło do kolejnej zawiechy. Szykujmy amunicję na święta, te Boże Narodzenie będzie długo pamiętał. Swoją drogą to Boże Narodzenie najpierw było w maju, dopiero później postanowiono je obchodzić w grudniu, zapewne pod wpływem koncernu Coca-Cola, którego to agenci cofnęli się w czasie i nakłonili do tego któregoś z papieży. Grzechy papiestwa są rozliczne, jednym z największych jest to, że siedziba papieża to po łacinie sedes apostolica czy jakoś tak, w każdym bądź razie coś w okolicach dupy. Mój syn będzie papieżem, ostatnim, tym Piotrem II. Mimo, że św. Piotr nigdy papieżem nie był, a pierwszą "głową kościoła katolickiego" był niejaki Linus. Ogólnie to papiestwo musi upaść, bo tak jest zapisane w apokalipsie.
Z partyjnym pozdrowieniem - tow. Konstanty Boyarow, danke szyn.

czwartek, 11 grudnia 2008

Telefon.

Siedzę sobie kulturalnie przed komputerem, słucham muzyki, aż nagle do mych uszu dobiega dźwięk telefonu. Irytujące to wielce stworzenie jest. Jeszcze bardziej irytujące jest to, że ludzie dzwonią na telefon oddalony ode mnie o 4 pomieszczenia, zamiast zadzwonić na ten co mam na biurku. Ale nic. Wstaję i ruszam chwiejnym krokiem. Idę i nagle wyrastają przede mną drzwi. Wyobraźcie sobie, że drzwi nie ma i nagle się pojawiają tuż przed nosem. I są zamknięte na klucz. Tak, drzwi w środku domu ktoś zamknął na klucz, idiotyzm. Więc moja droga do odebrania telefonu się wydłuża, bardzo znacząco. Muszę poświęcić swój cenny czas na otwarcie tego czegoś. Całe szczęście klucz był w zamku, co jest przy okazji kolejnym idiotyzmem, bo po co drzwi zamykać i zostawiać klucz? Ruszam, a telefon dalej dzwoni. Krzyczę więc "Już idę!", odbieram i tu zonk - ktoś odłożył słuchawkę. Ludzie są niemożliwi. Wracam i piszę notę.
Dzisiaj sobie była wywiadówka, taka zwyczajna, licealna. Wręczono mi oceny. Jestem z nich niezadowolony, ale to już temat bezsensowny. Petro skwitował mój honor (nie chcę mieć ocen takich, jakie mają zwykłe ciecie) tym, że "honor kurwa, to nie braveheart, to szkoła". Ale nie jest źle w ogólnym rozrachunku, stać mnie na więcej, ale kij z tym. Jebany humanista (pozdro Szani) ma nawet 3+ z polskiego, co jest wyczynem nieprawdopodobnym, zaskakującym wszystkich i wszystko co się zaskoczyć da. Gdyby nauczył się wiersze recytować to by nawet 4 miał pewnie. To są oceny proponowane. I tu też jest zdziwko. Po co? Po co się te oceny proponuje? Żeby tylko ludzi denerwować? (W tym wypadku moją rodzicielkę). No bo to przecież jeszcze się dużo może zmienić przed końcem semestru, który to koniec na styczeń zaplanowanym jest. Z biologii już teraz wiem, że będę miał lepszą ocenę. 
Telefon zadzwonił ponownie. Ciotka z Anglii dzwoniła, o matkę sie pytała. Matki nie ma, u sąsiadki z pielgrzymką jest. Ciotka fajna jest, zostawiła mieszkanie w Piasecznie. A mnie to mieszkanie może się spodobać. Boyarski miałby zostać Mazowszaninem? Był w Warszawie już, ale miał problemy z powrotem. Tym razem na dłużej? To już zobaczymy wedle tego, na jakie studia pójdę. I gdzie.
Wracając do szkoły. Dzisiaj tow. Boyarow, Kraska, Struzik wpadli na pomysł by nakręcić film. Tak jest, film, opowiadający o fikcyjnym puczu wojskowym w Polsce, z oddaniem klimatu tych wydarzeń, scenami zbiorowymi powycinanymi z wiadomości, faktów, oraz wydarzeń, ze śmiercią prezydenta, oraz z ciekawym scenariuszem. Dwie osoby piszą scenariusz, z czego ma powstać wersja kompromisowa. Przed lekcją historii odbyła się próba, przemawiał feldmarszałek K., został trafiony kredą przez nieznanego z nazwiska Brzuzego, co spowodowało przerwanie nagrywania. A za to coś dostać będzie można pewnie całkiem ładne oceny, co tanim kosztem powinno nam podbić średnie i takie tam duperele, zupełnie w życiu nieprzydatne. Oraz oczywiście prestiż, gdyż on się liczy bardzo. Już sobie wyobrażam te tłumy fanek podążających za Konstantym Boyarowem, ah...
Bo podobno wokół mnie się dużo dziewuch kręci. Może i tak, ale ja jakoś tego nie widzę, gdzie indziej jest ich więcej. Trudno.
Kończę pierwszą poważną notę w stylu trochę krótszym, czekam na opinię, oraz pozdrawiam. Yo.

środa, 10 grudnia 2008

Przełom.

Postanowiłem się przełamać i pozwolić sobie na pisanie krótkich not, takich w stylu "Długistyle", czyli parę słów na krzyż. Otóż więc powiem wam, że nic nie powiem, bo to dopiero pierwszy raz i to tylko informacja.  Serwisowa nawet. Życzymy miłego korzystania z serwisu czarnobylska koniczynka.

wtorek, 2 grudnia 2008

Boyarska.

Znowu miałem powalony mega-sen. Tym razem nawet bez dziur w nim, jeden wielki ciąg. I do tego z różną narracją, rozbudowaną fabułą i tak dalej i tak dalej. Oczywiście jak zwykle w tym wszystkim trudno doszukać się najważniejszego - sensu. Nie ma co tu tworzyć jakiś ceregieli, więc piszemy.

Sen zaczął się w ciemnym pomieszczeniu jakim był pokój w drugiej części mojego domu, w którym to pokoju zazwyczaj sypia mój idiotyczny brat. Za oknem panowała noc, a więc logiczne jest, że i w mieszkaniu były ciemności. Oprócz mnie znajdował się tam Krzysztof Ż., opisywany już tu nie raz. Krzysztof pokazał się w tym śnie z dziwnej, nieznanej mi strony - otóż z głośników, czy raczej z telefonu (tak to brzmiało, mimo, że słuchawka była położona) sączył się hardkorowy punk rock w wykonaniu Siekiery, z utworem "Było tylko czterech nas". O zespole tym trochę czytałem zanim poszedłem spać, więc być może stąd się to wzięło. Wuja zdawał się być zainteresowany tymi dźwiękami, wypowiadał się o tym pozytywnie, a moje słowa o tym, że Siekiera zagrała tylko 6 koncertów skomentował słowami "Noszkurwa". Po tym wyrafinowanym wulgaryzmie wyszedłem przez okno i udałem się do lasu.

Znalazłem się po tym exodusie w Bukowinie Sycowskiej, na polnej drodze prowadzącej z przystanku autobusowego do domu Pacynów, czyli mojej co by nie było rodziny. Niestety, znowu nie byłem sam i znowu byłem z idiotą, tym razem był to człowiek o takich samych jak ja inicjałach i imieniu - Paweł B., którego idiotyzm towarzyszy mi od najmłodszych latach. Potem się dziwicie, że ja ludzi nie lubię. Było bardzo zimno, Bojarski jak i to drugie byli ubrani w kurtki. Szedłem z nim, a on groził, że kogoś zabije. Prawdopodobnie był w stanie wskazującym na spożycie, gdyż co chwila wywracał się. W końcu nie wytrzymałem, kopnąłem leżącego w brzuch i zabrałem mu pistolet, który następnie schowałem do kieszeni kurtki. Osobnik ów zaś wylądował w kałuży i zaczął zamarzać. Poszlim dalej.

Kolejnym checkpointem była ulica Sycowska w Goszczu, miejsce gdzie zazwyczaj znajduje się Fabryka Mebli "Bodzio", tym razem jednak krajobraz uległ - nomen omen - przemeblowaniu. W miejscu pracy wieluset ludzi stał hipermarket, prawdopodobnie Kaufland. Popatrzyłem na sklep, a następnie na mojego towarzysza drogi - ostatecznie zamarzał i chyba umierał, nie mam pojęcia, w każdym bądź razie - stanął w miejscu i przestał się ruszać. Aż chciałoby się powiedzieć - w końcu!, ale aż tak wredny publicznie nie jestem. Zmierzając ku supersklepowi zacząłem czuć, iż kiedyś już tam byłem, lecz ostatnim razem nie udało mnie się tam wejść - nie wpuścili mnie, bądź nie znalazłem wejścia. Teraz jednak wejść się udało - wziąłem wózek i przejechałem przez te ich dziwne marketowe wejście. Wózek prędko gdzieś zgubiłem i...

... Znalazłem się w magazynie tegoż hiperferdexu. Znowu było ciemno, więc postanowiłem użyć noktowizora. Nie mam pojęcia skąd się taki sprzęt wziął w moim posiadaniu. Najpierw włączyłem światło czerwone - nic nie widać, później zielone - tak samo. Ostatecznie uruchomiłem jakąś lampkę świecącą trochę jak lampa górnicza i zacząłem nią przeszukiwać teren w poszukiwaniu czegoś lub kogoś. I znalazłem. Stała taka niska dziewczyna, blada jak ja, czarne włosy, oczy piwne, ogólnie wydawała mi się jakaś taka, yyy brzydka? No nie wpasowywała się w moje postrzeganie kobiecego piękna w tamtym śnie. Wychodzimy razem z magazynu.

I tu mamy niezłą konsternację. Wcielam się w nią i razem z zielonooką blond pięknością, która kiedyś mi się już śniła idę ku drzwiom. Otwieram je i się znajduję w jakiejś podrasowanej wersji gimnazjum w Twardogórze - gwar, pełno ludzi, jak to na przerwach. Teraz będę stosować manierę żeńską w pisaniu. Znaczy będę stosowała. Razem ze swoją koleżanką idę przez te tłumy w kierunku toalety, bądź kibla. Wchodzę do środka, patrzę na kafelki, ładne, zielone, ale co by nie było bardziej wyglądają mi na te ze szkoły w Goszczu, do której chyba chodziłam. Zielonooka mówi mi, że zaraz poznamy prawdę, a ja zdziwiona patrzę na ludzi w środku. Cóż, mówię rzeczy chamskie, czepiają się, wytykają błędy, wady i ogólnie jest nieładnie, aż w końcu dochodzimy do Bojarskiego. Hah. Tu już odzywa się moje sumienie jako narrator, albowiem boję się, że dołączę do ogółu tych krytyków, lecz oto nie! Bojarski mówi coś neutralnego, że oto nie ma do mnie zarzutów i, że nawet fajną dziewczyną jestem, tylko trochę taką dziwną. W tym momencie przestaję być kobietą w czerni i jako tow. Boyarow wyłażę na hol. Tam znajduję Dawida W., ps. "Smarek", który prosi mnie bym mu popilnował plecaka. Więc wyświadczam mu przysługę i zostaję pilnując tego co pilnuję. W międzyczasie obok mnie przebiegły wspominane już dwie dziołchy.

Schodzę w dół, schodami niżej, w kierunku klasy tzw. muzycznej, gdzie o dziwo najczęściej były lekcje matematyki, oraz historii. Znajduję się tym razem wśród jakichś znajomych, same koleżanki i w tym momencie ponownie czuję, że jestem kobietą, a raczej - dziewczyną, gdyż jakaś różnica pomiędzy tymi dwiema określeniami jest. Tym razem napastują mnie jakieś sekcje telewizyjne, ogólnie istna atmosfera zainteresowania moją postacią. Ciekawe czy miało to jakiś związek z moją transseksualnością oneiryczną... Pomijając te dywagację jako kobieta wchodzę do klasy, lecz już jako zwykły Boyar się w niej znajduję, siedziąc sobie po lewej stronie pomieszczenia, natomiast ja żeńska siedzę po prawej. Oba wcielenia siedzą samemu. Wcielenie żeńskie jest wyraźnie zaczepiane przez pewną dziołchę z Nowej Wsi Goszczańskiej, a we wcieleniu męskim coś się budzi, pewne specyficzne uczucie. Otóż tow. Boyarski wie, że tow. Boyarska jest brzydka jakaś, lecz coraz bardziej zaczyna mu się podobać.

W tym momencie dochodzi do sceny walki. Może nie jest to walka porównywana z wielkimi bojami Krzyżaków, czy innych Krzyżowców, ale to również coś. Byłem dumny, że dziewczyna ta pięknym jakbyto rzutem wyrzuca natrętną idiotkę przez okno budynku, tak że tamta ląduje gdzieś nisko na ziemi zaliczając bliskie spotkanie III stopnia z podłożem. Lekcja się zakończyła, a wypadającymi postaciami nikt specjalnie się nie przejął. Ja wiedziałem zaś, że ta, co rzut ma niezły jest już dla mnie kimś szczególnym, co jest wyraźną zmianą w porównaniu do sytuacji z początku snu. Ważnym faktem jest to, że w klasie przebywał ten, który pod Kauflandem zamarzł, a więc jednak - niestety - przeżył.

Wychodzę z klasy, przechodzę przez korytarz i docieram tym razem do jakiegoś szpitalu, o wyraźnie zielonej barwie. Ściany są w takich kolorach pomalowane. Przez cały szpital wędruję z moją rodzicielką, matką, Teresą. Dochodzę do jednej z sal, która to sala wywołuje we mnie wspomnienia jakgdybym w niej kiedyś leżał. Teorię tą zdaje się potwierdzać moje zachowanie, gdyż szukam baterii od odtwarzacza mp3, które to baterie rzekomo tam zostawiłem. Potwierdza to również moja matka, która mówi, że w sali obok leżeli Kraska i Fiołka, a wybuch również ich dosięgnął. Nie mam pojęcia co to za wybuch, gdyż we śnie nie został w żaden sposób przedstawiony. Panowie K. i F. są z Liceum Ogólnokształcącego w Sycowie, natomiast akcja snu w dużej mierze rozgrywała się w Gimnazjum w Twardogórze, co jest jedną z kilku sprzeczności.

Sen kończy się wyjściem, wyjściem z budynku, lecz nie z matką, a z dziewczyną. Z niską czarnowłosą, piwnooką bladą dziewczyną. Kim ona jest? Nie wiem. Nie spotkałem takiej. Ciekawe jest czy kiedykolwiek spotkam, ale to temat na głębsze rozważania. Kaniec.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Petro.

Petro twierdzi, że ostatnio o nim mało wspominam, mimo, że mam ku temu okazję. Dlatego też postanowiłem poświęcić mu tę oto notę, gdyż jest to człowiek tego godzien! Michale! Tak trzymać! Ku chwale!

Ciemno.

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego rozmowy osób niewidocznych na gadu-gadu nie wytwarzają szumów? Ja się nagle zacząłem zastanawiać dzisiaj, kiedy niejako od niechcenia, przy okazji tej to przymusowo przedłużonej wizyty w internecie napisałem do pewnej damy z Sycowa, a ta o dziwo mi odpisała.  I teraz sobie myślę. Na liście mam ok. 110 osób, z czego jakiejś 50stki nigdy nie widziałem w wersji dostępnej, bądź zaraz wracającej, lecz mam pewność, że te osoby gdzieś sobie latają, rozmawiają, prowadzą żywiołowe dyskusje, etc., etc.  Bardzo często robią to (nie, nie to, zboczeńcy!) z innymi niewidocznymi wytwarzając tym samym szum, którego nie słychać. 
I tu mamy sobie pewną dziwną teorię filozoficzną, nie wiem czyjego autorstwa.  Otóż teoria ta zakłada, że poza mną nie ma świata. Nie istnieje więc nic za monitorem, na który teraz patrzę, dopóty dopóki nie zajrzę za niego. Proste i genialne. Ale nie do końca, bo coś się jednak z tymi ludźmi tak naprawdę dzieje. Ta teoria jest więc w grunie rzeczy do zadu, odpuścmy sobie ją.
Wynaturzenia w godzinach nocnych są wręcz normalnością, zwłaszcza, że bardzo często mózg wchodzi w fale alfa. Fale alfa są bliskie falom z marzeń sennych, przez co zwiększa nam się wyobrażnia i tak dalej. Ostatnio na tych falach uczyłem się fizyki i nawet to, czego się nauczyłem, polubiałem. Prawo Hooke'a nie jest złe. Poprawę sprawdzianu napisałem całkiem dobrze, chociaż nie ustrzegłem się pewnych błędów, oraz nie do końca potrafiłem rozwiązać zadania z prawem Ohma, którego to prawa się nauczyłem, aczkolwiek kiedyś umiałem. W gimnazjum.
W gimnazjum miałem bardzo fajnego nauczyciela fizyki. Gościu miał nerwy ze stali, niczym jakiś saper, w odległości kilku centymetrów od jego głowy latały dynie, a on nie wzruszony jedynie pytał kto tą dynią rzucał. Ja oczywiście nie rzucałem, choć niejedna dynia mi na ławce wylądowała.
Właśnie - ławka. W gimnazjum siedziałem sobie sam. Może z tego względu, że liczba osób w klasie była nieparzysta, a może z tego, że tak lubiałem. W każdym bądź razie siedziało się samemu i spało się na polskim.  A spało się także normalnie w nocy i mi się śniło, że siedziałem sobie z Małgorzatą, która we śnie nie była podobna do siebie, ale za to mnie się podobało to. Teraz siedzę z Hohenkraską, ot i szlachta się trzyma razem.
Kolejna tu różnica. W gimnazjum szlachty jakby więcej było, w liceum - jak na lekarstwo. Z przedstawicieli męskich mamy tylko trzech, z czego jeden jest idiotą, który nazwisko szlacheckie ma zapewne przez przypadek. Pozostałych dwóch to ja i wspominany Kraska. 
Ale wróćmy do rzeczy przyjemniejszych. Niedawno kolejnych dwóch ludziów stwierdziło, że tow. Małgorzata wygląda jakby była moją siostrą. Osobiście uważam to za nieprawdę, jest dużo ładniejsza ode mnie i w ogóle, ale sama jakoś nie protestowała. Brakujące ogniwo rodziny odnalazło się po latach. I wreszczie, bo do tej pory żadna kuzynka, czy inne takie patałajstwo się mi nie podobała. Po prostu brzydkie są, nie oszukujmy się.
Dlatego też się Boyarscy panowie żenią z ładnymi kobietami, by równowaga była. Choć tu też nie zawsze. Wszędzie się znajdą jakieś wyjątki. 
Zauważyłem, rozpoczynając kolejny akapit, że w gruncie rzeczy gadam od rzeczy. W gruncie rzeczy to szuka archeolog. Boże, skończ to...