Zaczyna się. Każdy rok ma taki wspaniały okres, kiedy Boyarskiemu włącza się tryb walki z całym światem przy jednoczesnym włączeniu trybu walczenia przeciw sobie. Tym razem miesiącem walki ze światem okazał się być październik, kiedy to w kościołach w całej Polsce odmawiane są różańce. Warunki są beznadziejne, a powodów do irytacji mnóstwo. Chociażby to, że ludzie na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego to kretyni i buce. Kretyni, bo nie wiedzą ile jest posłów w Sejmie, mimo że odpowiadając na to pytanie patrzą na egzemplarz Konstytucji, w której to zapisano liczbę owych darmozjadów. Buce, bo ich nie lubię. Czuję do nich totalną antypatię, obce mi są ich zainteresowania (jeden z osobników był np. w barze z męskim striptizem...), nie zamierzam się z nimi integrować, nawet z ryjów są dziwni. W gruncie rzeczy to jednak doskonale się składa. W razie czego jakaś walka z takim czymś będzie dużo bardziej doniosła, bowiem nagle stanąłem na przeciwko wroga nie osobistego (takich nie mam wcale chyba), lecz ideologicznego. Są oni wręcz idealnym przykładem tego, czego nienawidzę. Młodzi, wykształceni, z dużych miast. Przy tym straszne cieniasy.
Ale tego jest więcej. Sam siebie też irytuję, zwłaszcza fryzurą, która jest tak beznadziejna, że nie mogę przez nią myśleć racjonalnie (czoło jest zasłonięte i fale mądrości nie są odbierane) i w konsekwencji nie jestem w stanie zaliczyć pierwszego kolokwium z Podstaw Ekonomii. A przecież są to rzeczy banalne (krzywe popytu, podaży, definicja rynku doskonałego, szoki popytowe i podażowe, cena minimalna, maksymalna, równowagi rynkowej, no litości!), z którymi ja, jako wierny uczeń Rothbarda i de Soto nie powinienem mieć najmniejszych problemów. Ale jednak. Klamka zapadła i jutro idę do fryzjera. Oczywiście po ścięciu przez kilka dni będę wchodził poirytowany ze względu na to, że włosy owe będą wydawać się mnie zdecydowanie za krótkimi. No i zimno będzie, wszak mrozy nadchodzą, a rano to nawet wieje bryza morska od Odry. Skąd wiem? Ano wiem, bo na Uniwersytet chodzę pieszo, gdyż nie zakupiłem biletu miesięcznego zwanego tutaj Urban Card. Nie zakodowałem także tego na swojej legitymacji. Nie opłaca się.
Rano tramwaje są tak zatłoczone, że nawet jakbym miał bilet to bym tam nie wsiadł, bo bym się nie zmieścił. A mój komfort osobisty to jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Dokąd oni wszyscy w tych puszkach jadą? Nie wiem. Pieszo wychodzi około 30 minut. Więc jest to wynik całkiem dobry. Po południu, lub wieczorem, gdy nagle pojawi się potrzeba wyjechania gdzieś jeżdżę bez biletu. Nie potrzebuję. Wystarczy siedzieć po prawej stronie przy oknie i patrzeć na następne przystanki wypatrując podejrzanych osobników w sweterkach. To kanary. Mimo, że w świetle wspominanej już polskiej konstytucji nie mogę mnie zatrzymać bez nakazu prokuratorskiego to są jednak bardzo irytujący i potrafią doprowadzić do uszczerbku na stanie portfela. Tego nie lubię. Staram się być oszczędny i - o zgrozo - mnie to ostatnio wychodzi. Tak zabójczo niską preferencję czasową jak mają chyba tylko osoby martwe. A kiedyś to pieniądze potrafiły nieprawdopodobnie szybko uciekać, kiedy to stopa preferencji czasowej zaczynała zbliżać się do tej właściwej niemowlakowi.
Może dlatego, że nie mam na co wydawać? Dawniej, jeszcze w Sycowie zdarzyło się sypnąć 10 złotymi po to, by oczarować pewną pannę (której personalia pominę, by jej nie kompromitować) i zaskarbić sobie jej przyjaźń na wieki. Bo panny tutaj też jakby trefne. Z tego co udało mnie się zasłyszeć (oczywiście całkowicie przypadkowo) to jedynymi w miarę ogarniętymi dziewczynami są dziewczyny napływowe, które trafiły tu z zewnątrz. Oczywiście i ich większość również jest - nazwijmy to tak - dziwna. Ale nie mają takich braków jak tubylczynie, które udają bycie damą, mimo oczywistych braków w reputacji i cnocie. Obiektu idealnego niestety na swoim roku nie znajdę, mimo że w innych środowiskach są przebłyski. Brakuje zresztą jakieś wyróżniającej się z odchyłami w moją stronę, tak by była wyraźnym kontrastem dla całej tej hołoty. Wszystkie są takie same, wszystkie jak gdyby skopiowane, sklonowane, jedna jest podobizną drugiej. Jak się domyślam - wszystkie są przekonane o swojej oryginalności i wyjątkowości. Gówno prawda.
Na co teraz czas? Nie wiem. Brakuje mi w sumie jakiegoś zajęcia alternatywnego do studiów. Być może wezmę się ponownie za tworzenie muzyki, ale jakoś tak dla samego siebie to głupio... No i weny mi chyba ku temu brakuje ostatnimi czasy. W czasach niespokojnych, gdy podłączano mi internet, próbowałem coś pisać, ale to również nie szło za dobrze, mimo że całkiem dużo i szybko napisałem. Lecz z perspektywy czasu nie podoba się. Dzięki jednak temu, że po 2 tygodniach czekania internet w końcu założono mogłem obejrzeć sobie kilka filmów (z genialnym "Waterloo" Bondarczuka na czele) i ściągnąć kilka gier. Obecnie pykam sobie wesoło w Rome: Total War: Barbarian Invasion i raz po raz grając Saramtami odpieram najazdy Hunów, Lombardów, czy innych Wandalów. I jest całkiem wesoło. Niestety, nie dane mi będzie zagrać w najnowszą z części sagi "Total War". Napoleon: Total War działa bowiem na mojej maszynie w taki sposób, że zanim zdążyłem kliknąć na jakąś swoją jednostkę to wróg już świętował zwycięstwo.
Jakiś miesiąc temu usystematyzowałem swoje sny. Tj. spisałem je i wrzuciłem do jednego pliku "pdf" tworząc tym samy diariusz snów Boyarskiego. Może jeżeli będzie mnie się bardzo chciało to stworzę jakieś fajowskie statystyki, w którym zawrę co się śniło najczęściej, kto się śnił najczęściej, ile średnio przypadało snów na jeden dzień i tak dalej. Tutaj śni mi się jakoś tak dziwnie mniej, przez co tow. Zakrzowianin będący standardowym "sno-odbieraczem" za wiele do czytania nie ma, aczkolwiek kilka epickich (aż dwa bodaj) projekcji sennych trafiło się. Zapewne ukażą się w trzecim lub czwartym wydaniu mojej Księgi Snów. Bo to fajna rzecz jest. Zwłaszcza, gdy fabuła zaczyna układać się w coś sensownego, a nie tylko durnowate przeskoki z miejsca na miejsce. Czasami w ogóle wydaje mnie się, że fajnie byłoby tam zostać na zawsze, tj. trafiać tam całkowicie świadomie każdej nocy. Ale trochę nie pyka, gdyż celowe wywoływanie snów świadomych jest grzechem, a nawet jeżeli trafiłby mnie się taki sam z siebie to i tak rano nie pamiętam z niego zbyt wiele.
Nie wiem czy wrócę do w miarę regularnego pisania na Quattro. Dobrze by było, mimo że obecnie liczba potencjalnych czytelników wynosi 2 (słownie: dwa). Dobrze bowiem jest zostawić po sobie coś dla świata. A tworzenie nowych wpisów przesuwałoby starsze wpisy w odmęty historii. Dlaczego tam? Bo z perspektywy miesięcy wydaje mnie się, że to co było tam pisane jest nieraz niemalże żenujące. Zwłaszcza taki charakter mają dwie, czy trzy noty pisane wyraźnie "pod kogoś". A że ten ktoś już obecnie w mojej prywatnej liście rankingowej jest bardzo nisko (życie weryfikuje wcześniejsze decyzje)... Obecnie nie ma nawet pod kogo pisać. Będę więc pisał pod siebie, tak bym nie wyszedł z wprawy (niejako już wychodzę, zauważyłem to pisząc ten wpis), bo mój unikalny styl z tego łez padołu zniknąć nie może. Byłaby to strata jednej z najpiękniejszych rzeczy. No i strata jednej z moich zalet, a każda zaleta jest przecież na wagę złota.
środa, 27 października 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)

