środa, 21 stycznia 2009

Parada alkoholików.

W Polsce, czyli tutaj, istnieje bardzo duża grupa osób czynnie spożywających alkohol. Istnieje jednak inna grupa, która od spożywania alkoholu jest uzależniona, a piwo/czysta/wino/karamuczo są dla nich sensem życia. Ludzi tych nazywamy alkoholikami, co ich nierzadko obraża. Mamy w naszym pięknym kraju także inną grupę społeczną, dużo dziwniejszą i mniej zakorzenioną w polskiej tradycji, czyli homoseksualistów. Ich dla odmiany obraża nazywanie ichnich upodobań seksualnych "pedalstwem". Gdzie tu podobieństwa zapytacie? Ano są i to całkiem duże, chociaż w żaden sposób ich doszukiwanie się nie ma na celu obrażenia tych pierwszych. Bo nie oszukujmy się - wyrażenie "pedał" jest dużo bardziej pejoratywne od wyrażenia "alkoholik".

Geje lubują się w organizowaniu wszelakich parad miłości, czy innej równości, przy okazji których dochodzi do zakorkowania miasta i wzmożonej aktywności grup faszystowskich, oraz Młodzieży Wszechpolskiej (fajny skrót ma ta organizacja, o ile jeszcze istnieje). W paradach tych pedalstwo domaga się uznania różnorakich praw, w tym tak absurdalnych jak prawo do posiadania dziecka. Owszem - jak dla mnie mają oni pełne prawo do potomstwa, tylko najpierw niech sobie to dziecko zrobią, jeśli im się uda - mają moje szczere gratulacje. Domagają się również uznania ichniego prawa do małżeństw i w tym swoim domaganiu się zazwyczaj zarzucają kościołowi katolickiemu konserwatyzm, obskurantyzm i parę innych dziwnych rzeczy. Oczywiście w żaden sposób nie widzą tego, że kościół katolicki kieruje się Biblią, a w Biblii nie ma ani słowa o dopuszczaniu takiej możliwości. Nie ma też słowa o celibacie, ale to zupełnie inna sprawa. Natomiast w Koranie przeczytać możemy, że Mahomet stosował stosunek przerywany ze swoimi towarzyszami, hm... Oczywiście jestem przeciwnikiem związków homo, lecz ja jestem przeciwnikiem jakichkolwiek małżeństw państwowych, gdyż to małżeństwa są najczęstszą przyczyną rozwodu. Swoją drogą gejowski rozwód potwierdzony przez papieża? Nie daj Boże czegoś takiego dożyć...

Tymczasem co w takim wypadku powinien powiedzieć zwykły szary alkoholik? Ano - powinien pójść za moim głosem rozsądku i zorganizować, wraz z innymi jemu podobnymi osobami, paradę alkoholików w centrum Warszawy. Dla większego rozgłosu - parada ta powinna być przeprowadzana bez zgody władz miasta, przez co - jako nielegalne zbiorowisko - winna być rozpędzona przez policję. Dobrze by też było zaaranżować atak skrajnie lewicowych organizacji wspierających abstynencję, jakiś Warszawski Klub Abstynentów, czy coś w tym rodzaju i z nimi również się pojedynkować. A w imię czego? Ano cała ta maskarada - w imię praw ludzi konsumujących napoje wyskokowe. Pokażcie, że jesteście dyskryminowani - pracodawca posiada prawo do zwolnienia was tylko dlatego, że pijecie w pracy, a to godzi w waszą wolność! Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce, nawet w pracy! Wprawdzie w Peru sąd doprowadził do tego, że zwolniony z takiegoż powodu pracownik musi zostać przywrócony do pracy, lecz nam do Peru jeszcze daleko. Alkoholicy są też dyskryminowani w inny sposób - zabrania się im wsiadania po pijanemu do samochodów, a gdy ich się na tym przyłapie - niejednokrotnie wsadza do więzienia. A przecież konstytucja Rzeczypospolitej gwarantuje wszystkim obywatelom równość. Dlaczego więc trzeźwi nie są zatrzymywani za jazdę samochodem, a?

Alkoholików - w przeciwieństwie do gejów - cała masa "praworządnych obywateli" socjalistycznego świata stara się leczyć z alkoholizmu, a nawoływanie do leczenia pedalizmu jest nazywane średniowiecznymi metodami, etc. Tymczasem alkoholizmu nie da się wyleczyć, alkoholikiem jest się do końca życia, nawet jeśli się przestanie pić, a potwierdzi to wielu cenionych terapeutów. Co ciekawe - w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia lekarze bardzo często odmawiają pomocy, co jest skandalem, lecz w żaden sposób nie jest ten skandal nagłaśniany. A jak ktoś coś na homoseksualistów powie to już go torebkami (różowymi naturalnie) po głowie biją. W imię walki z alkoholizmem nie pozwala się ludziom na kulturalne spożywanie świeżo nabytych napojów na ławeczce pod sklepem, co powoduje, że każdy pijący jest traktowany jak potencjalny przestępca. Jakoś nikt nie próbuje delegalizować sportu, kiedy to młodzi chłopcy oglądają jak spoceni faceci prezentują swoją tężyznę realizując w jakichś wymyślnych dyscyplinach, mimo że już Zygmunt Freud zaliczył sport do zboczeń. Inna sprawa, że do zboczeń zaliczył on wszystko co nie odpowiadało jego wizji świata.

Z alkoholików nasze socjalistyczne państwo ma pożytek niewątpliwie większy niż z gejów (i lesbijek, ale one potrafią być fajne, jeśli ktoś wie o czym mowa), a mimo to ich dyskryminuje. Kolejne rządy walczyły z alkoholikami, a jednocześnie łatały dziurę budżetową przy użyciu pieniędzy z akcyzy, a także z podatku VAT od napojów alkoholowych, które to napoje są dużo droższe od napojów bezalkoholowych. Nie mówimy tu oczywiście o piwie DIT, jednym z przypadków, kiedy to mając 3 złote kupujemy 3 piwa i jeszcze otrzymujemy resztę. Dlatego też trzeba z tą sytuację wreszcie skończyć - alkoholicy - wyjdźcie na ulicę i pokażcie, że jest was wielu! Walczcie o swoje prawa, a także żądajcie nowych! Walczcie również o to, by lewicowe organizacje walczące z dyskryminacją wpisały was problem jako "dyskryminację ze względu na upodobania dot. spożywanych napojów". Nadszedł czas wyzwolenia!

niedziela, 18 stycznia 2009

18-01-2009

Komisja Europejska stwierdziła, że oprogramowanie Microsoftu nie pozwala konsumentom na dokonanie swobodnego wyboru, co jest sprzeczne z europejskim prawem. - Wiązanie Internet Explorera z systemem Windows szkodzi wolnej konkurencji na rynku przeglądarek internetowych, co dla konsumentów oznacza ograniczenie możliwość wolnego wyboru - napisała w swoim piątkowym oświadczeniu komisja. Microsoft oświadcza, że zamierza odpowiedzieć na zarzuty KE. Firma ma na to osiem tygodni.

Proszę państwa - głupota i piękny przejaw hipokryzji. Unia Europejska stara się o dobro wolnej konkurencji. Przypomnijmy - ta sama Unia Europejska ustala tzw. "normy unijne", które właśnie w wolną konkurencję godzą bardziej niż Internet Explorer dołączany do Windowsa. Dla przykładu Unia ustala, że jajko musi mieć konkretną wielkość, nie może być mniejsze, nie może być bardziej ciemne, musi spełniać określone warunki. Za sprzedaż pozostałych jajek producent otrzymuje karę. Działa to w sposób zły na kury, które oczywiście do norm dostosować się nie mogą, spada produkcja (bo praktycznie jajko niespełniające normy jajkiem nie jest, bo sprzedane - w myśl prawa europejskiego - być nie może), a przez to również i dochody kurzych ferm. Dlaczego konsument nie ma samemu prawa wybrać czy chce kupić jajko małe, czy duże? Czy Unia naprawdę wierzy w to, że ludzie są takimi idiotami, że będą brali małe jajka? Oczywiście, że nie. Wybiorą te lepsze. W kwestii firmy, której nazwa brzmi po polsku "Mały i miękki" - ciekawi mnie w jaki sposób UE chce rozwiązać kwestię wyboru przeglądarki - wszak w przypadku braku Internet Explorera możliwość ściągnięcia Mozilli/Opery/Chrome'a będzie niemożliwa bez znajomości bezpośredniego linku do downloadu. Nikt z nich o tym nie pomyślał?

Warto też sobie zadać pytanie co w takim razie z Linuxem? Osobiście posiadam Mandrive 8.0, czy coś takiego na płycie i tamże - gratis z systemem - znajduję się Mozilla Firefox. Czy to nie działa przeciwko "unijnej wolnej konkurencji"? Oczywiście, że działa, tak samo jak fakt, że wiele wersji Linuxa to wersje darmowe. Jest to nieuczciwe w stosunku do Microsoftu, bo zmusza go do obniżenia ceny i poprawy jakości swojego produktu, to straszne. Miejmy nadzieję, że Unia pójdzie po rozum do głowy i się ostatecznie samorozwiąże. Jeśli jednak nie - Microsoft zapłaci karę i być może pogodzi się z brakiem IE na pokładzie. Tylko wtedy pojawia się kolejne pytanie - czy firma z Redmond będzie musiała wycofać swoją przeglądarkę ze wszystkich systemów, czy tylko z tych rozprowadzanych na terenie Związku Socjalistycznych Republik Europejskich?

Sieć dyskontowych sklepów spożywczych Biedronka od poniedziałku wprowadza dla swoich klientów telefonię komórkową, dzięki czemu jest szansa na tańsze rozmowy. To już druga sieć telefonii komórkowej należąca do dużej grupy handlowej - pisze dziennik "Polska".

Tu zaś mamy do czynienia z pięknym działaniem już nie tak bardzo skrępowanych przez unijną biurokrację systemu wolnorynkowego. Carrefour wprowadził swoją własną telefonię komórkową i ustalił ceny na poziomie 49 groszy za minutę rozmowy, miał całkowitą swobodę ustalenia tej ceny, gdyż w kwestii telefonii komórkowej należącej do większej sieci handlowej był praktycznie monopolistą. Tymczasem Biedronka oferuje nam rozmowy o 16 groszy tańsze, co oczywiście zmotywuje Carrefour do obniżki, gdyż w przeciwnym razie czerwona alternatywa w kropki przejmie ich tak obecnych jak i potencjalnych klientów. Zapewne - jeżeli eksperyment ze sklepowym operatorem się przyjmie - nastąpi dalszy wysyp tego typu usługodawców, co powinno ponownie poskutkować obniżką cen. A tego typu sieci są również dobą reklamą dla supermarketów, więc nie wykluczone jest, że ceny będą poniżej poziomu kosztów, wszak w sklepach pieniędzy nie brakuje.

Całość brzmi być może dosyć groteskowo, razem z Długim wyśmialiśmy wprawdzie Biedronofon, lecz niszowe sieci mają w Polsce relatywnie dużą popularność, na ten przykład - kierowany dla prawdziwych mężczyzn MobilKing zdobył już ok. 150 tys. klientów, mimo, że jego oferta niejako z definicji powoduje utratę połowy potencjalnych klientów. Tę połowę, której naturalnie czegoś brak między nogami. Dlatego więc nie powinny dziwić wybryki Jeronimo Martens, czy jak im tam, a nawet wprost przeciwnie - w najbliższym czasie powinniśmy się spodziewać dalszej ekspansji - pojawić się mogą np. sieci komórkowe gazet, telewizji (Polsat już coś takiego tworzy, lub nawet stworzył), radiów (Maryja GSM?), etc., etc. Dla nas - klientów - jest to oczywiście zjawisko jak najbardziej pozytywne i powinniśmy się cieszyć, nawet jeśli zobaczymy, że sąsiad korzysta z telefonu o kolorze czerwonym w czarne kropki.

Sąd najwyższy w Peru uznał, że pracodawca nie może zwolnić pracownika tylko z tego powodu, że przyszedł do pracy pijany. Nakazał ponowne zatrudnienie sprzątacza, który zjawił się w pracy pod wpływem alkoholu i z tego powodu stracił pracę. Decyzję sądu krytykuje peruwiański rząd, który uważa, że wyrok to groźny precedens.

Socjalizm w Peru, w wykonaniu sądu, słusznie skrytykowany przez peruwiański rząd. Oto bowiem sąd ingeruje w wolność gospodarczą pracodawcy, który powinien mieć pełne prawo zwolnić tego pracownika, którego zwolnić chce. I to nie tylko z powodu pijaństwa, równie dobrym powodem może być to, iż zwyczajnie ten pracownik jest mu niepotrzebny. Co gorsza - sąd nakazał pracodawcy przyjąć feralnego pracownika z powrotem. I teraz się zastanówmy co się może wydarzyć. Przypuśćmy, że w firmie owej zatrudniony jest jeden sprzątacz, ten który zajął miejsce pijaka. Sąd nakazał przyjęcia alkoholika z powrotem, a firma nie potrzebuje dwóch sprzątaczy, co się stanie? Otóż zapewne obecny pracownik zostanie bądź to zwolniony, bądź obniżona zostanie mu pensja, przez co sam się zwolni. To spowoduje kolejny proces i błędne koło toczyć się będzie do momentu, kiedy przedsiębiorstwo upadnie.

Ochrona pracowników jest jednym z największych socjalistycznych zeł (złów?) na tym świecie. Oto bowiem w imię dobrobytu proletariuszy na wrednych kapitalistów nakłada się coraz większe wymagania, co powoduje zwolnienie tempa rozwoju owych przedsiębiorstw. Tymczasem rynek pracy winien rządzić się dokładnie takimi samymi zasadami jak wszystkie inne rynki - usług, towarów, bankowy, etc. Kapitaliści na rynku pracy powinni konkurować o pracownika zachęcając go do podjęcia pracy akurat u nich przy pomocy np. wysokich wynagrodzeń, czy równie wysokiego standardu pracy. Działa to także motywująco na pracowników, albowiem każdy z nich musi przekonać, że sam jest najlepszym kandydatem. W tym celu będzie on dążył do zwiększenia swoich kwalifikacji, itd. Proste to i logiczne, lecz nie dla związków zawodowych, czy peruwiańskich sądów. Jedno i drugie jest czerwone. Białe jest białe, czarne jest czarne, a czerwone wredne.

czwartek, 1 stycznia 2009

Cel.

Pierwszy post, albo i nawet nota w roku pańskim 2009. Czy wam również jest trudno się przełączyć na pisanie nowej daty rocznej w różnego rodzaju dokumentach, lub nawet zeszytach? Mnie jakoś nie, ale zawsze mnie śmieszyła taka fala śmiechów i chichów z tym związana, występująca głównie przez pierwsze dwa tygodnie i objawiająca się przede wszystkim nagłym i niespodziewanym rzucaniem tekstem "O Boże, napisałem/am 2008, ale ze mnie debil/idiotka!". Strasznie to irytujące jest dla mnie, lecz ludzie mają setki takich niewielkich wynaturzeń, które dla mnie są całkowicie niepojętymi rzeczami. W trakcie noworocznego pokazu sztucznych ogni, które oczywiście latały centralnie nad moim domem zacząłem się zastanawiać nad jedną z takich dziwnych rzeczy. Otóż wyobraźmy sobie, że akurat w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia kosmici wybrali sobie Ziemią jako cel swojego ataku. I co widzą? Tłum dziwnych humanoidów strzela sobie czymś w niebo i świętują to, że są starsi o rok i bliżsi śmierci. No nie ma co, okazja idealna. Z innej strony mogą także popatrzeć na nas i z przerażeniem odlecieć - wszak mamy doskonały system obrony przeciwlotniczej, różnego rodzaju flary, etc., etc. Strach się bać.

Nota ma tytuł "Cel", lecz nie tylko o celowanie w Ziemię tu będzie. Będzie o militarystycznych porównaniach, co ja lubię, a wy zapewne nie. Niestety, jesteście tak wiernymi czytelnikami, że przeczytać to musicie. Znów będzie potrzebne myślenie. Mamy taką oto sytuację około wojenną - jest wielkie miasto, piękne, a do tego zapewniające przewagę strategiczną, oraz gospodarczą, lecz niestety bardzo dobrze bronione. Rozpoczyna się wojna i w kierunku miasta ruszają różnorakie typy wojska, cuda na kiju i w ogóle. W tym gdzieś tam z tyłu czai się jakaś piękna dywizja pancerniaków pod dowództwem takiego Boyarskiego. I ruszają, rozwalone zostają linie obrony, ktoś wkracza do miasta, nie niszcząc miasta właściwego, przez co zmieniają się jedynie jego właściwości obronne, nie traci nic ze swojego piękna, wciąż piękne świeci nad oceanem pustek, małych wiosek, innych dupereli. Tylko zdobyć łatwiej i utrzymać trudniej. I korzystamy z okazji, atakujemy, piękny manewr oskrzydlenia, zajmujemy co zająć mamy niszcząc przy tym jednak to i owo, załóżmy elektrownię, przez co nie ma światła i blasku. Ale cel pozostaje celem.

Ale cel się liczy i po jakimś czasie Boyarski zostaje wyparty, no cóż, nawet największy taktyk może dać przysłowiowej dupy i target przechodzi w kogoś innego posiadanie, oczywiście bez strat. No i tak sobie wyobraźcie kilkadziesiąt razy, że z celu nic nie ma. Więc po co się bić? O prestiż? Skoro wszystkie siły są rzucone w jedno miejsce to logiczne, że gdzieś czeka na nas coś lepszego, a jednocześnie dużo łatwiejsze do zdobycia. Bo prestiż się w rzeczywistości nie liczy. Trzeba umieć wykorzystywać oczy. I nie pchać się tam, gdzie się wszyscy pchają. Nie ma żadnego szczęścia ze zdobycia czegoś, co może mieć praktycznie każdy. Tu się ujawnia między innymi mój elitaryzm, bo Boyar sobie postanowił w takich gierkach nie brać udziału i się spokojnie swojego "haremu" trzymać. I tu już kapliwi wiedzą o co chodzi, niekapliwi nie wiedzą, mają więc pecha. A ja zaczynam rozumieć, że się chyba neofitą stałem. To raczej źle, bo nie może być tak, że bije ode mnie tradycyjna katolicka nienawiść, to nie w moim stylu, tak mogą się zachowywać jakieś łosie, ciecie, czy inni kretyni. A najlepiej połączenie tego wszystkiego z dodatkiem tego i owego klejącego się czegoś na włosach.

No właśnie, postanowienia noworoczne. Kolejna dziwna rzecz. Ludziki wykorzystują sobie zmianę ostatniej cyferki w dacie to prób - najczęściej nieudanych - zmian w swoim życiu. Dlaczego myślą, że skoro im się przez cały rok nie udawało uda się akurat teraz? Czyżby mieli jakieś problemy związane z własną osobowością? A może po prostu dołączają do trend, by coś zmieniać, byleby zmienić? Ja mam jedno postanowienie, lecz ono wyszło niejako przy okazji noworocznych rozmyślań i tego się trzymmy (czytać na głos). I było w poprzednich dwóch akapitach zawarte. Kto wie co się dzieje ten wie, kto ma uszy niech posłyszy. A apokalipsa jest bliska. Być może powinienem jednak dołączyć jakieś konkretne postanowienie. A mianowicie takie, by pisać rzeczy trzymające się kupy. Chociaż ja tych rzeczy nie lubię, gdyż po prostu kupa śmierdzi, a jak ktoś się trzyma kupy to ma ręce ubrudzone. Ja w tym udziału nie chcę brać, odcinam się całkowicie. Izolacja. Piosenka o Gównie mnie się przypomina. Przedziwny swąd nagle miastem zawładnął jakby na miasto jakieś gówno spadło...

Wiecie, że w tym roku 2009 obecnie na 1 dzień przypada jeden post? To wiekopomny sukces jak na moją leniwość, chociaż zdecydowanie odbija się to na jakości, lub na zwyczajnym braku tejże jakości. Życzę wam jednak, by się jakość poprawiła, a częstotliwość nie spadła. Arivederzzi kamraci.