środa, 9 lipca 2008

Ucieczka.

Nie da ukryć się, że za oknem jest ciemno, że ludzie śpią, że ona jest niewinna, kiedy śni i tak dalej, a Boyar spać nie zamierza. W całym tym nielogicznym zachowaniu zaczął czynić dziwne rzeczy, przemierzając grono (tak, to takie grono dla gronowiczów) w jakiś sposób dotarł do wykładu pt. "Kult, a religia", czy coś takiego. W samym wykładzie nie było praktycznie nic, czego by przedtem nie wiedział, a więc, że pierwsza część płyty "Kult" jest inspirowana naukami Świadków Jehowy, że "Zgroza" jest antykatolicka, że "Poznaj swój raj" jest fajne, że Gruzinki są brzydkie, że Szwedki są ładne, że Polki są przeciętne, ale mają wspaniałe wyjątki (pozdrawiam)... Że co? Jak z tematu zboczyłem? No może i. W pewnym momencie żem się tam natknął, że ktoś (lub coś) czeka na to, by nas Bóg stąd zabrał w końcu, bo tu jest źle. I nagle sobie wyobraziłem jak grupka oszołomów mnie podobnych postanawia ten proces przyśpieszyć i najzwyczajniej świecie spierd.... ucieka stąd. I mamy freestyle'owe opowiadanie na tym czymś oparte, w środku nocy.

***

- Ty, uciekamy! - rzekł do Bojarskiego generał Gonić, weteran wojny w Serbii chorwackiego pochodzenia na widok szarżujących czołgów.
- To już wiem, ale że przed nimi uciekać będziemy to nie miałem pojęcia... - Potężny huk działa przeciwpancernego nie pozwolił Bojarowi na dokończenie zdania.
- To już blisko, bieeeeegnij! - Gonić produkował się z całych sił.
- Biegnę, k[beep]a, biegnę!
- Za wolno!
- Kak za wolno?!
- Doganiają Cię!
- O k[beep]a!
Wszystko wydawało się być straconym, lecz wtem stał się cud. Cuda się zdarzają zazwyczaj w najmniej oczekiwanych momentach, chociaż nie da ukryć się, że w 99% przypadkach, gdy na to czekamy po prostu nie dzieje się nic. Tym razem było inaczej. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności rozpoczęła się niemiecka ofensywa na Polskę, niemieckie Leopardy przekroczyły granicę i już znajdowały się pod Goszczem, w którym to Goszczu stacjonowali poszukiwacze Uciekinerów z Tego Świata. Poszukiwacze byli organizacją powołaną przez tych, co to byli przekonani o idealności świata na którym żyjemy. Na myśl od razu nasuwa się znane powiedzenie, skecz, humoreska, czy aforyzm (jak zwał tak zwał, byleby ładnie było) kiedy to zadowolony z życia optymista twierdzi "Świat, w którym żyjemy jest najlepszy ze wszystkich", a zdołowany pesymista odpowiada "Obawiam się, że to niestety może być prawda". Dwóch uciekinierów zaliczało się raczej do pesymistów, aczkolwiek byli przekonani, iż gdzieś musi istnieć lepszy świat i do tego świata postanowili nawiać. Jedną z możliwości ucieczki był dosyć absurdalny twór, odkryty dawno temu przez genialnego niemieckiego uczonego Johana von Vonsa nienazwany przedmiot przypominający samolot. Uciekinierzy byli przekonani (niemieccy znajomi im powiedzieli o tym), że uznana za zaginioną machina znajduje się w goszczańskim mauzoleum Reichenbachów. Kończąc dygresję - sprawne natarcie niemieckiej kawalerii pancernej rozbiło siły Poszukiwaczy, zapewniając bohaterom historii swobodne dotarcie do celu.
- Eta tu kej? - zapytał trzeźwo Gonić.
- Owszem, ale tak w sumie to musimy się postarać tam do środka wejść, a to nie będzie proste.
- Ja mam linę, bieremy ją i rzucamy na górę, a patom ciągniemy się ku górze. - genialność tego planu w innych realiach zapewniałby Chorwatowi nagrodę Nobla, tutaj niestety musiał się zadowolić zwykłym uśmiechem współtowarzysza. Wyciągnął więc długi sznur i zarzucił go zahaczając nim o gryf (tak zwanego "rzygacza"). Mauzoleum było budynkiem specyficznym, młodzi Goszczanie nazywali je "Trupiarnią", gdyż podobno tam straszyło, praktyka żeś pokazywała, że były to raczej zabiegi twórców programu "Nie do wiary" celem przyciągnięcia szerszego audytorium przed teleodbiorniki. Wejście po sznurze przebiegło bardzo łatwo, lecz nie obyło się oczywiście bez tradycyjnego rosyjskiego "dzieżyj linu!". Dwóch osobników na szczycie budynku, wokół nich las, bitwa Niemców z polskimi oprawcami, świat płonie, sztuka przyparta do murów, kobiety traktowane jak śmieci, ogólnie tragedia, system się pali i wali, miasto płonie i jest ciepło nam. Większym problemem niż rozterki otaczającego świata stał się problem wejścia do środka. Niezbyt mądrym posunięciem Gonić zrzucił linę na dół, gdy już znalazł się na szczycie, przez co nie było możliwości swobodnego zejścia do wewnątrz.. Schodzić z budynku nie było sensu, bo i jak niby? Na nogi? Połamałyby się od razu, jedyna nadzieja więc w... niemieckich sołdatach. Gonić, jako, że w czasach młodości - w przeciwieństwie do Bojarskiego - uczył się języka braci zza Odry postanowił zagadać do jednego z nich. Stanął na skraju i krzyknął ile sił "Guten Morgen meine liebe Frietzen!", na co odwróciło się dwóch znajdujących się po drugiej stronie alei żołnierzy Orła Białego. Nie strzelali, gdyż nie mieli czym, a poza tym byli w głębokim stanie upojenia alkoholowego, który powodował, iż wydawało im się, że Chorwat ma nad nimi przewagę liczebną. Odwrócił się również Hans, służbista Bundeswehry. Podszedł i rozpoczął konwersację w języku Teutonów, czego - nieobeznanym w germańskim - czytelnikom oszczędzę. W pewnym momencie spojrzał krzywo na siedzącą na kamieniach - od czego to wilka można dostać, lub inną zwierzynę - polską część uciekających kurczaków i zapytał "Und was ist das?", na co towarzysz B. ryknął z wyrzutem jak gdyby Hans mu matkę zabił "Was magst du?!", dalszy komentarz był zbędny, Niemiec rzucił im linę i otępiony wrócił do swoich. Plan wrócił do fazy realizacji, wieko zostało uchylone i niczym Rangersi bohaterowie - nie bójmy się tego słowa - spuścili się do mauzoleum. Wewnątrz panowała taka ciemność, że nawet nietoperze latały z latarkami. Całe szczęście jeden z nich swoją zgubił i znalezienie "transportera" stało się możliwym. Po długim poszukiwaniu, grzebaniu w milionach pozostawionych petów, pustych butelkach po wódce, czy puszkach po piwie w końcu go odkopano. Wyglądał niczym zwykły myśliwiec wielozadaniowy, miał miejsce na dwóch pasażerów, dwa wielkie silniki pod skrzydłami (co sugerowało, że to konstrukcja rosyjska, wzorowana na Tupolewach), a także namalowane na dziobie piękne niebieskie oczy, jak gdyby oczy panny niezwykłej jakiejś. Obydwaj usiedli w nim, Gonić z przodu, tak by mógł swobodnie pilotować maszynę, Bojarski z tyłu, tak by nie przeszkadzał koledze i było mu ciepło w plecy.
Po naciśnięciu czerwonego jak komunizm przycisku rozsunęły się "wrota" i "samolot" ustawił się do pionowego startu. Pofrunął, poleciał ku szczęściu, a z głośników poleciało "Na Zachód!", a konkretniej to słowa "Na drodze ku lśnieniu samolot na niebie/Zawsze będę pamiętał Ciebie". Niestety, maszyna z chorwacko-polską załogą na niemieckich rejestracjach nie była jedynym obiektem wojskowym w przestworzach. Szybko została dostrzeżona przez F-16 "Jaszczomb" ochrzczone tak jeszcze przez Marię Kaczyńską. Instrumenty pokładowe wskazały natychmiast - "Fruwadło do szczęścia" zostało namierzone. Nadano informację o problemach i podjęto ryzykowne manewry nazywane w lotnictwie wojskowym "dogfighting". Na apel odpowiedział niemiecki myśliwiec, który to zaś z kolei wezwał kolejne jednostki wsparcia. Łącznie 12 maszyn stanęło do boju z tworem amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Był bez najmniejszych szans, celne uderzenie rakietą ARMA uziemiło go na stałe, po raz drugi Niemcy uratowali zady uciekinierom. Tak. Droga była prosta, zaczęły się więc rozmowy, pierwszy zagaił Bojarski.
- Ty, co ty tam zostawiasz na dole.
- Problemy - odpowiedział krótko Gonić.
- A kogoś bliskiego?
- Nie.
- Nie masz bliskich? Nikogo? Rodziny? Przyjaciół? Znajomych? Nikogo, na kim by Ci zależało?
Gonić zamyślił się głęboko. Bardzo. Ostatecznie zdecydował się jednak odpowiedzieć.
- Mam, ale to działa tylko w jedną stronę, poza tym i tak nic nie zrobiłbym w tej sprawie.
Wtem z głośników popłynęła kolejna pieśń, a oto jej słowa:
"Chcę Ci powiedzieć jak bardzo Cię cenię,
Chcę Ci powiedzieć jak bardzo Cię podziwiam,
Chcę Ci powiedzieć - uważaj na te drogi,
Ale nie mam odwagi...".
- No widzę, że ładny przypadek się nam trafił, heh. I chcesz tak teraz całkiem samemu być? Myślisz, że to będzie lepszy świat? W ten sposób? Nie da się, nie będzie. Nie będzie lepszego świata, bo tam Twój skarb, gdzie Twoje serce.
- Złapałeś mnie za sumienie idioto. Mam teraz wątpliwości, czy nie wracać.
- Możemy wrócić, z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle. I każdy ma prawo swój błąd poprawić.
- Wracamy! - aeroplan gwałtownie skręcił i skierował się w stronę Okęcia, gdzie miał zamiar wylądować...

KONIEC

Tak, koniec opowiadanka. Ładne, pozytywne, a co najciekawsze - ma więcej niż jedno dno. Udało się wreszcie coś takiego skonstruować. Aż roi się tu od wszelakich aluzji do wszelakich osób, są też złośliwości i uwaga - wiele rzeczy jest powywracanych. Dlatego też niniejszym ogłaszam konkurs - kto zgadnie kim jest towarzysz Gonić dostanie jakąś nagrodę, nie wiem jaką, ale dostanie. Na odpowiedzi czekam do końca świata, kto pierwszy ten lepszy. Z innych takich - Niemcy są tu celowo bohaterami pozytywnymi, to jest jawna złośliwość wobec pewnej persony, sam wstęp również jest złośliwością do niego (bo to on jest, a nie ona), może się zdenerwuje, może nie, zobaczymy. W porównaniu z drugim mega fajnym opowiadaniem, czyli z "Suchymi Marzeniami" to wypada dosyć różnie, ocenę pozostawiam wam.

I malusieńka ciekawosteczka na koniuszek - mam nadzieję, że się nikt nie obrazi - jako, że było późno postanowiłem nawiązać kontakt z innymi ludźmi na gg, no i skierowałem się do pana R., który to grał Persją na Dynastei, oto piękny i wiekopomny cytat:
"Lubię Cię. Gadamy 1 minutę i wzbudziłeś pozytywne odczucia xD".
A podobno jestem aspołeczny! Dziękuję .





KOMENTARZE!

.

Pozdrawiam serdecznie tych, co to ja ich nie widzę, a chciałbym widzieć. A także tych co ich widzę, a wolałbym, by się wynieśli. Oraz pana Andrzeja G., właściciela sklepu, w którym zaopatrzyłem się w napoje, uniemożliwiające mi urzeczywistnienie idei "Spalam się". Również i tych wszystkich, którzy nie zostali tu wymienieni, a na to w pełni zasługują.

czwartek, 3 lipca 2008

Jerzy skonstruował sztuczną kobietę.

I to jest bardzo dobre wyjście. Popieram, w całej swojej rozciągłości, a nawet - co lepsze - sam powtórzę jego wyczyn! Stworzę sztuczną kobietę i będę ją sobie miał w zasięgu, w każdej nagłej potrzebie. Posłucha mnie, a jak się obrazi to się ją zresetuje. I będzie fajnie. Radośnie nawet. Miło. Przyjemnie. Fantastycznie. I wszyscy będą mi zazdrościć jej. I dam jej na imię Anastazja, bo to ładne imię. I będą jej zazdrościć imienia. Proste.

Nadzwyczaj. Późno jest, a ta nota jest zaczęta dawno temu i przez to będzie miała idiotyczną datę jako datę wpisu, cóż - nie ja o tym decyduję.

Wtorek, godzina koło 6ej. Boyarski po raz pięćdziesiąty próbuje napisać notę o konstruowaniu sztucznego obiektu westchnień. Tym razem jednak czuje, że mu się uda. Jeżeli mu się nie uda to tego nie przeczytacie. Cały świat zamiera w niepewności. A raczej śpi z nerwów.

Boyarski nie spał. Nie zamierzał, wolał sobie posłuchać koncertu Kultu z Trójki, nagranego na 3 płyty CD. Wrzuciłem (zmieniam na łatwiejszą formę gramatyczną) je do wieży, co to ta wieża niby popsuta była. Jednej nocy jednak trzasnąłem w nią z góry i działa jak ta lala, za co należy mnie się tytuł "złotej rączki", lub czegoś takiego. Co na tych płytach było? Ano było dużo, aczkolwiek nie tak jakbym chciał. Nie było np. "Lewe Lewe Loff", co jest stratą wielką i ogromną, była za to skopana przez Grudzińskiego "Totalna Stabilizacja". Może jednak w sumie lepiej, że LLL (cóż za skrót!) nie było? Po co mi kolejna piosenka o miłości? Trzymając się tematyki muzycznej - na PolSzmacie leciała El Dupa, a konkretniej "2000000 głosów", nie wiem skąd im ten szatański pomysł wpadł do głowy, ale się ceni.

Pojawia się ostatnio pytanie ile ja śpię. Otóż zazwyczaj jakieś 10 godzin i jestem niewyspany, a także bolą mnie kończyny dolne. Dzisiaj nie spałem wcale i jestem bardziej wyspany niż gdybym miał te 600 minut przespać. Doskonale rozumiem absurdalność tej sytuacji, lecz taki już jestem. Jedynym z tego skutkiem negatywnym jest to, że nic mnie się nie przyśniło. Trudno, koncepcja tego bloga jako dziennika snów upadła już dawno temu. I bardzo dobrze, gdyż sny to jednak bardzo osobiste są, a jakbym się przyznał kto mnie się często śni to by mogło to być naprawdę różnie odebrane. A tak po prostu jak coś będzie warte wrzucenia to tu ląduje.

Okłamałem Was, a raczej nie dotrzymałem obietnicy, nota miała być prędzej i na inny temat, a jest teraz. Nie żebym kłamał notorycznie, ja często po prostu nie podaję wszystkiego, co wiem, gdyż są takie sytuacje, kiedy tego nie wypada mówić. Bo można kogoś w ten sposób brutalnie skosić, a tego oczywiście nie chcemy, prawda? Prawda potrafi zabić, to broń ostateczna, jak bomba atomowa, bez porządnego uzasadnienia nie ma co uderzać.

Niedawno miałem do czynienia z atakiem młodzieży blokowej. Wprawdzie w Goszczu od biedy da się znaleźć maksymalnie 3 takie budynki, to jednak oni byli blokersami. Albo innym dziadostwem, które z chęcią bym zlikwidował. Osobniki owe przyodziane w szerokie bluzy z kapturami rozsiadły się na murku okalającym mój dom, tym samym wkraczając na teren mojej twierdzy. Totalny brak perspektyw i wyższych celów, no bo co to jest? Przychodzić tu kej żeby sobie posiedzieć? Przecież tam nawet wygodnie nie jest, a do tego kotom drogę blokują i moje dachowce nie mają sposobności, by się samorealizować. Swoją drogą to tamtych - nie bójmy się tego słowa - idiotów zamierzałem w różnoraki sposób wyeliminować, pierwszym pomysłem było rzucenie w nich zamrożonym kurczakiem, lecz z powodów moralnych plan ten został całkowicie odrzucony. Później zobaczyłem nóż i mnie się zamarzyło obejrzeć ten sztuciec lecący w ich kierunku, ale również zrezygnowałem, bo oni to w przewadze liczebnej byli. Ostatecznie sami spasowali i udali się na spoczynek, niestety nie wieczny, a ja wpadłem na jeszcze jeden genialny plan. Otóż powstała idea, by ten cały mur wyłożyć gwoździami, tak by któryś siadając tam nadział się na to. Wredny jestem, ale innej opcji nie ma.

Wobec swojej sztucznej kobiety nie zamierzam być wredny, ewentualnie ona będzie rozumiała moje specyficzne poczucie humoru w tej dziedzinie. Niestety, niektórzy nie rozumieją, chociaż na szczęście się nie obrażają. Jeszcze. A ja się np. obrażam, bo to modne jest. Na wszystkich po kolei, bo na każdego (no prawie, nie patrz tak na mnie xP) coś się znajdzie, jakiś hak, jakiś powód, by znienawidzić, lub coś w ten deseń. Bo ludzie są niefajni, nie lubię ich, nie wiem czego oni ode mnie chcą. Zajęliby się sobą.

Wczoraj była rocznica mojego przyjścia na świat, nie pamiętam tego dnia, ale podobno była to niedziela, co kalendarz zdaje się potwierdzać. Dzień jak każdy, z tym, że parę ludzi mnie złożyło życzenia, niby fajne, ale jednak z drugiej strony to się człowiekowi powinno życzyć dobrze przez cały rok, nie? Mimo wszystko dziękuję i życzę dalszych sukcesów w tworzeniu krótkich form życzeniowych. Ja np. krótko pisać nie umiem, bo się czuję niespełniony w takiej sytuacji. Najchętniej bym napisał poemat długości Pana Tadeusza, ale nie mam czasu i trochę motywacji. Zauważyłem, że ta motywacja to zależy również od stopnia realizacji swoich celów. Jeżeli jestem czemuś bliższy to i inne rzeczy łatwiej mi zrobić. Jakie to proste. Szkoda, że z planów nic nie wychodzi, a nawet jak już się jest blisko, to kamień spada i trzeba go wtaczać po raz kolejny.

Niedawno powstał, a raczej reaktywował się kolejny blog służący pozdrawianiu mnie, drugi już po Er`Trancerze. Jego autorem jest szeroko znany Petro, alias Forseti. Już w pierwszej nocie (i na razie ostatniej) jestem pozdrawiany bagatela dwa razy. O czymś to świadczy. Wolałbym jednak, żeby mnie kobiety pozdrawiały. Adres do Petra macie z boku, a kobiety niektóre mnie niby jednak wciąż pozdrawiają. Skorzystałem z możliwości i jednak doładowałem ten telefon, co to nieładowany przez trzy miesiące był i automatycznie się skierowałem do Małgorzaty W., która to dawno temu brylowała w komentarzach tutaj, a obecnie chyba odpoczywa od internetu. Doszło do wymiany około 30 smsów, co jest wynikiem średnim, aczkolwiek pozytywnym, trochę się poczuło jak za starych dawnych lat i tyle. Bo jakoś tak jest, że zawsze się musi trafić jedna dziołcha, co jest przy mnie. To "przy mnie" to można różnie interpretować, ale nie można zaprzeczyć temu, że tak jest. Rzadko się zdarza, by były to dwie piękności naraz, ale może... Zobaczymy. Jakby tak było to bym był w pełni zadowolony. A to trwa od wieeeelu lat i nikt tego nie zmieni. Może policzę, bo lubię liczby. Yyy. 8. Dobra cyfra, wprawdzie nie aż tak dobra jak 21, ale może być.

Wypadałoby skończyć i jakoś to wszystko ładnie podsumować. No to wam powiem, że to jest nota typowo blogowa, jakaś taka w nie moim stylu, ale jest. Takie o wszystkim i o niczym. Początek fajny jest, tylko będzie trudny do zrealizowania. Poza tym to w ogóle nudno się robi. Głupoty. Nudy.

Jeżeli uważasz, że zasługujesz na pozdrowienia ode mnie - czuj się pozdrowioną/pozdrowionym.

O komentarze tradycyjnie proszę, chociaż i tak się nie stosujecie.