środa, 19 grudnia 2007

Pociąg.

Bo ja piszę bloga. Tak. Wiem, że piszę rzadko, ale sam fakt by tytułować się osobą 'piszącą bloga swego' nie wymaga by pisać w jakiś regularnych odstępach czasu. Dlatego mimo, że nie piszę to piszę. I tym optymistycznym akcentem rozpocznę kolejne swoje małe dzieło.
Przez Goszcz i ogólnie kraj nasz cały przewijają się absurdy. Absurd jest rzeczą niematerialną, choć czasami niewinnym osobom ujawnia się on w formie czysto materialnej. Ewidentnie taką formą ucieleśnienia absurdu jest zjawisko nazwane 'Goszczańskimi Pociągami'. Jak pociąg wygląda wie każdy, no... powiedzmy, że każdy. Takie długie coś, metalowe, z malutkimi kółeczkami, całe w graffiti (czasami całkiem fajnym graffiti, choć w większość są to hasła typu "WuKaEs Śląsk", czy "Legia pany, górnik po***ny"), poruszające się po tzw. szynach (szyna to duża szynka jest jakby ktoś nie wiedział) kolejowych. Właśnie - szynach. Jak się okazało nie wszystkie pociągi w ten sposób się poruszają. Od kilku(nastu) dni przez Goszcz, który stacji kolejowej przemieszczają się pociągi Polskich Kolei Państwowych. Jeden z nich został uchwycony na zdjęciu.
Przepraszam za nie najlepszą jakoś tego zdjęcia, lecz owo UDO (Unidentified Driving Object) wydziela najprawdopodobniej promieniowanie ze swojego pokładu, które to wpływa na problemy z uchwyceniem ujęcia. To dosyć logiczne, albowiem żadne UFO, USO ani UDO nie lubią się fotografować, czego przykładem jest na przykład relatywnie mała ilość zdjęć latających spodków nad Goszczem (a latają ci one co chwila, głowy wychylić nie idzie). Tak, wiem że owo UDO wygląda jak zwyczajny autobus. Lecz jest to tylko kamuflaż. To, że jest to pociąg zdradził napis (niewidoczny na obrazku), znajdujący się w okolicach eee... maszynisty? głoszący wyraźnie iż szefem tego obiektu są "Polskie Koleje Państwowe". Państwowe - a co oznacza, że nasz obecny rząd wszedł w bliższe kontakty z obcymi! Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez wsparcia rządu i prezesa rady ministrów takie coś na naszych pięknych polskich (budowanych przez niemieckie firmy za unijne pieniądze) drogach pojawić się nie mogło. Dla Prawa i Sprawiedliwości jest to jawny sygnał, że należy zgłosić wotum nieufności wobec Donalda Tuska. Co dalej z pociągami? Czy to prawda, że wewnątrz nich przetrzymywani są ludzie? Czy ktoś to czyta? Na te pytania poznamy odpowiedź w najbliższym odcinku Nie Do Wiary, gdzie gościnnie zamierzam wystąpić.
Są Ci inne absurdy na tym łez padole. Choć zdecydowanie bardziej user friendly. Otóż jak podaje Dziennik (ta gazeta), a za nim wszystkie portale i serwisy informacyjne, Rzecznik Praw Ucznia Krzysztof (czy to nie podejrzane, że ma akurat tak na imię?) Olędzki uważa iż ZADANIA DOMOWE SĄ NIEZGODNE Z KONSTYTUCJĄ!. Według naszego nowego sprzymierzeńca zadania domowe są niezgodne z art. 31 Konstytucji Rzeczypospolitej, oraz z art. 31 Karty Praw Dziecka, które to gwarantują nam, czyli uczniom jakby kto nie wiedział, prawo do swobodnego wypoczynku. Szkoła jak każdy urząd nie może robić tego czego jej nie wolno (panowie z CBA słyszeli? Jak tak to oddajcie bezprawnie mi zabrany rower marki Rower, zajęty przez was w czasie obławy na przedstawicieli albańskiej mafii.), a prawa do zadawania zadań domowych nie ma. Pięknie. W najbliższym czasie będę się powoływał na jego zdanie i zaprzestanę odrabiania zadań domowych (tak jakbym teraz odrabiał), tym razem całkowicie legalnie.
Cóż, jak widać rząd ten oprócz swoich minusów (jakimi są np. tajemnicza sprawa UDO) ma swoje plusy. I to pozytywne przesłanie niech wam towarzyszy aż do nowej publikacji na tej witrynie internetowej, która w najbliższym czasie zmieni swoje logo. Howgh!

środa, 26 września 2007

Człowiek vs. Technika.

Goszcz.. Niewielka miejscowość nazywana chamsko wsią. Miejsce styku dwóch dróg. Jedna z Sycowa, druga z Milicza, akurat przed moim domem. Największe natężenie ruchu przypada na godziny od 13 do 15, kiedy to swoje miejsca pracy opuszczają pracownicy fabryk mebli - "Bodzio" i "Gawin".
Tego dnia, czyli dzisiaj, pech chciał, że ruch został wstrzymany. Kierowca Scanii, z przyczepą Schmitz stanął swoim Tirem praktycznie na zakręcie. Facet pomyślunku chyba nie miał, ale cóż - na milickich rejestracjach - więc nie ma co się dziwić. Wedle naocznej obserwacji urwała mu się kierownica. Jak się później okazało była to diagnoza zła, ale nie wyprzedzajmy faktów. Stojący truck na tyle utrudnił życie pozostałym uczestnikom ruchu, że poniektórzy, szczególnie inni 'Tirowcy' wymijali pechowca jeżdżąc po chodniku przy 'Domu starców', uszkadzając rynnę przy budynku.
Z czasem akcja się rozkręciła, bo do boju ruszył ulubieniec tłumów Jan Ługowski.
Tu mała informacja. Ługowski, ps. 'Babu' jest naszym miejscowym kioskarzem (nie mylić z 'koksiarzem!') w kiosku Ruchu. Zasłynął on jednak nie swoją pracą, lecz tym, że w wyborach samorządowych w roku 1998, jako kandydat na radnego, otrzymał on 0 (słownie : zero) głosów, albowiem nawet on sam na siebie głosu nie oddał.
Ługowski zgodnie z liberalnym konceptem 'nocnego stróża' ruszył potrzebującemu z odsieczą. W tym czasie kilku kolejnych kierowców zwiedziło chodnik. Trucker około 40 razy wsiadał i wysiadał do i ze swojego pojazdu, próbując go prawdopodobnie uruchomić. Wartym nadmienienia jest tu fakt, że samochód cały czas miał włączone prawe światło mijania, co by mogło sugerować, że bohater mojej opowieści zamierza popełnić samobójstwo uderzając w słup ogłoszeniowy, na którym dumnie przyklejone zostały reklamy występu Chóru Alexandrowa.
Kolejnym wielkim aktorem dzisiejszego przedstawienia był Bronisław Bernacki, ps. Kizia, ochrzczony okazyjnie przeze mnie mianem 'Rambo'. Rambo ze względu na dosyć charakterystyczne zakończenie czapki z daszkiem przypominające z wyglądu opaskę noszoną przez odgrywanego przez S. Stallone'a bohatera Ameryki i okolic. Epizod Ramba został jednak dosyć niemrawo napisany przez życiowego scenarzystę. Zdezorientowany doszedł do kiosku, rozejrzał się dookoła, a następnie udał się do swojego miejsca zamieszkania obserwując jednocześnie napis na TIRze, dumnie głoszący, że oto kierowca jest przedstawicielem 'Polskiej jazdy'.
Po wielu perturbacjach i kolejnych wycieczkach chodnikowych w końcu Scania została uruchomiona. W całej okolicy wybuchła radość, ludzie bili brawo, a prezydent zamierzał ogłosić nowe święto narodowe. Ha! Zgubna nadzieja! Kolos owszem ruszył się, lecz po chwili koła wyprodukowanego przez firmę Boss zablokowały się na krawężniku. Tak to jest jak zamiast używać porządnych Michelinów lub Bridgestone'ów , czy innych Continental używa się podejrzanych towarów zakupionych na bazarze. I tu zaczęła się prawdziwa droga przez mękę. Co chwila - input/output, próby poderwania auta do lotu, wyzywanie ruskich z bazaru ('co za gówno sprzedali!'), telefony na numer zaufania...
Ale ruszył. Po paru godzinach stania i ruszania się o 20 cm ruszył! Przyjechał jego kolega. Też trucker. Wedle relacji świadków zdarzenia pociągnął go w kierunku jego przeznaczenia. Pojechali i zapomnieli co to za dom publiczny w Goszczu zrobili.
I tu nasuwają się pytania, jak z Terminatora III. Czy maszyny, czyli wytwory naszej inwencji twórczej zbuntują się przeciwko nam? Czy staną wszystkie Tiry? Czy w końcu ktoś zderzy się z kioskiem niedoszłego radnego? Kiedy po raz kolejny ktoś zaparkuje u Maciaszczyków w kuchni? Te pytania to wbrew pozorom pytania inteligentne (jak i cały blog zresztą).
Motyw walki człowieka z maszyną ukazywany jest również w kinematografii japońskiej, między innymi w obrazie 'Godzilla vs. Mechagodzilla', gdzie to buntującym się jest maszyna, stworzona - o ironio - do obrony ludzkości. Innym takim tworem są również ostatnio wyświetlane w kinach 'Transformersy', aczkolwiek Ci w większości są kumplami ludzi. Ale czy jest pewność, że pod maską Scanii nie był ukryty Mechagodzilla, bądź inny Deceptykon?
Teraz pozostaje pytanie - czy kiedyś dojdzie do tego, że rzuci się na mnie mixer? Mikrofalówka zamknie mnie w środku? Zdarzyło się bowiem już raz, że Żelazko zdradzał Kuchnię Gazową z Sokowirówką, a następnie uciekli mi z kuchni i zamieszkali w Ekwadorze...

środa, 12 września 2007

Poczucie czasu (wyczucie również).

Nie będę pisał o tym dlaczego nie piszę i dlaczego nikt nie czyta tego co nie piszę. Bo to głupie. Czas zapierdziela z nieprawdopodobną prędkością. Wszystko przemija, każda chwila. W jaki sposób się tę chwilę zmarnuje jest indywidualną sprawą każdego człowieka, jedni się powydurniają i pochleją tanie winko, inni będą pisać jakieś śmieszne blogi, a jeszcze inni popełnią 5-te samobójstwo w swoim życiu. Z czego 3 udane. Faktem jest, że czas marnujemy... No, ale niestety nie da się go 'zaoszczędzić', schować do słoika i wykorzystać w przyszłości, by mieć np. 48-godzinną dobę.
Pewni uczeni odkryli, choć nikt nie wie, nawet oni sami, jak to zrobili, że sekunda trwa trochę krócej niż jeden ruch najdłuższej wskazówki w chronometrze, zwanym potocznie zegarkiem. Ważne, żeby to nie był zegarek atomowy, bo taki grozi wybuchem w przypadku przegrzania rdzenia głównego reaktora w owym czymś.
W komunizmie, który komunizmem nie był, w Polsce, która Polską nie była, propaganda dbała o to, by ludzie dobrze, czyli praktycznie, wykorzystywali swój czas. I tak powstały między innymi filmy, w których gadano, np. o tym co to by się stało, gdyby fabryki stanęły na jedną głupią sekundę. Skutki katastrofalne, film też.
W miarę interesującym zjawiskiem związanym z czasem jest również tzw. 'wyczucie czasu'. Przykładem braku czegoś takiego jest wczorajszy film emitowany na Polszmacie, około godziny 21.00 czasu środkowoeuropejskiego. Film, z Danzelem Washingtonem, opowiada o terrorystach w Nowym Jorku, mordujących ludzi w serii zamachów. Do końca nie oglądałem, bo mnie się nie chciało. Warto zwrócić uwagę na to jaka wczoraj była data. 11 września. 6 rocznica zamachów na WTC. No idealnie. To akurat jest na fali, więc ludzie chętnie pooglądają takie filmy.
Jeszcze większą głupotą było wyemitowanie dosyć dawno, bo w dniach, kiedy Czeczeni zajęli szkołę w Biesłanie, jednego z filmów z serii 'Piątek 13'. Pech chciał, że akurat w tym brutalnie zabijane były dzieci. To, w przeciwieństwie do Polszmatowych wyczynów nie było celowe 'jechanie na fali', ale zbyt inteligentne nie było.
Czas nagli do końca. Pisałem to coś, ze świadomością, że można by było zrobić w tym czasie coś mądrzejszego, np. zbawić świat. Ale nie. Na przekór wszystkiemu marnuję czas. To jest fajne. To czasu kiedy przyjdą tego konsekwencje x) Koniec.
Ps. Jeśli czytałeś/aś to pozdrawiam.
Ps.2... Ale nie oszukujmy się, na pewno od razu spojrzałeś/aś na to co jest na końcu szukając pointy.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Z Archiwum XYZ.

Pojawiają się znienacka. Podróżują dziwnie wyglądającymi pojazdami. Zjawiają się, kradną kasę, porywają ludzi i znikają. Wielu ich widziało, ale wciąż nie ma oficjalnych dowodów na ich istnienie. Gdziekolwiek się pojawią sieją zamęt, spustoszenie, panikę, pleśń i zdziwienie. Już wiecie o czym mówię? Dokładnie. Mowa o radiowozach. Już dawno powinienem zając się tą sprawą, lecz nie miałem odpowiedniej motywacji. Dopiero seria dziwnych spotkań z tymi niebieskimi pojazdami przekonała mnie do zbadania tej wielkiej tajemnicy.
Ludzi, którzy twierdzą, że widzieli radiowozy jest wyjątkowo dużo. Zacznijmy od małego Krzysia, który przeprowadzając swoją niewidomą babcię przez jezdnię o mało nie został rozjechany przez duży, niebieski pojazd z białym pasem na środku. Rysunek, sporządzony potem przez Krzysia, można dziś znaleźć w internecie. Czy Krzysio zmyślał, ponieważ chciał być sławny? Profesor Rumheistvagen, z uniwersytetu Schnytzelgebraten w Saltzburgu udowadnia, że Krzysio zmyślił całą tę historię. Argumentuje to faktem, że ośmiolatek dużo zarobił na udzielanych mediom wywiadach. Uważa ponadto iż radiowozy nie istnieją.
Zgoła innego zdania jest pani Genowefa Marciniszyn. Zeznała ona, że 5 kwietnia bieżącego roku jechała wraz z mężem z domu swojej bratanicy, kiedy wydarzyła się rzecz dziwna. Mianowicie zobaczyła niebiesko-czerwone światło w tylnym lusterku pojazdu, oraz usłyszała przerażający donośny dźwięk. Zeznaje iż brzmiał on 'yuuuu yuuuu yuuuu yuuu ym ym yuuu'. Taśmę z głosem pani Genowefy można nabyć na targu w Twardogórze, na stoisku Saszy i Miszy. Później samochód zajechał jej drogę i była zmuszona opuścić swój wehikuł. Jej mąż był w tym czasie 'niedysponowany' (przez stan upojenia alkoholowego). Radiowóz był mniejszy od tego opisanego przez Krzysia, co potwierdza teorię profesora Rumheistvagena. W każdym razie wysiadło z niego dwóch humanoidów koloru niebieskiego. Pani Genowefa postanowiła się bronić. "Ożeszkurwamać!Matkoboskaczęstchowskajasnacholerabumcykcyk!" - mówiła pani Gienia. Zabrali ją do swojej kwatery głównej. Pani Marciniszyn pamięta tylko pobyt w dużej izbie. Podobno była przypięta pasami do łóżka. "Porwali, zgwałcili, kasjankję zabrali!" - żywiołowo relacjonuje poszkodowana. Obudziła się gdzieś za miastem, a jej mąż w domu. Ten drugi nic nie pamięta.
Również moi 'znajomi' spotkali się z radiowozem. Spożywali pewne trunki na rynku, gdy jeden z nich pomachał flaszką w kierunku pewnego, małego, dziwnego przedmiotu zawieszonego na słupie, po czym wypiął się nań i charknął odbytem. Po pięciu minutach przyjechał radiowóz! Tym razem wysiadło z niego trzech niebieskich humanoidów. 'Kumple' chcieli się bronić, lecz ich przeciwnicy mieli takie dziwne pałki, czy coś takiego. Również nic nie pamiętają. Jeden tylko twierdzi coś, że przywiązali go do jakieś łóżka, w wielkiej sali z innymi 'kumplami'. Podobno nie było tam klamek i były kraty w jednym jedynym oknie. Obudzili się za wioską, bez dokumentów i prawa jazdy. Mieli siniaki na ciałach.
Wypadałoby również wspomnieć o obcym, którego widział cały Wrocław. Na ulicy był wielki korek, a na środku stał niebieski humanoid, w żółtej kamizelce z napisem zaczynającym się na "P" i wymachiwał do ludzi. Mama powiedziała mi, że to "pajac". Widać byłem za młody, by poznać tę straszną prawdę.
Jak więc widzicie radiowozy istnieją. Pojawiają się niespodziewanie, przypinają do łóżek i podobno gwałcą (ale w to nie radzę wierzyć). Jeśli kiedykolwiek widziałeś radiowóz - nie martw się. Nie jesteś sam. Oni są wśród nas.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Pisanie.

Pisać każdy może, ale nie każdy pisać chce. Niektórzy chcą pisać, a nie mogą, inni zaś nie mogą pisać i nie chcą. Pisanie wbrew pozorom nie jest zadaniem łatwym. Pisanie wymaga uruchomienia mózgu.
Mózg można uruchomić na kilka sposobów. Pierwszą metodą jest metoda na zapych. Podobnie jak w samochodach, popychamy mózg w kierunku 'na przeciwko' i jednocześnie kluczem próbujemy go uruchomić. Nie polecam tej metody ze względu na możliwe uszkodzenia mózgu. Poobijany mózg bardzo trudno włożyć z powrotem do głowy, może się zdarzyć, że deformacje w ogóle uniemożliwią umieszczenie obiektu w miejscu mu przeznaczonym.
Mało kto wie jak mózg wygląda. Jeśli patrząc w lustro widzisz swój mózg to znak, że powinieneś/aś udać się do najbliższego punktu medycznego. Chyba, że nie żyjesz, ale to już inna sprawa. Aby realnie dojrzeć jak najważniejsza część człowieka wygląda należy użyć specjalistycznego sprzętu. Potrzebne nam będą:
a)peryskop
b)latarka
c)minimalizator materii
O ile w przypadku dwóch pierwszych przedmiotów zdobycie ich jest względnie łatwe (można łódź podwodną okraść na przykład) to przedmiot c) jest rzadko spotykany. Tu niestety trzeba się popisać inwencją twórczą i spróbować to zrobić samemu. Nie znam na to recepty.
Wróćmy jednak do pisania. Pisać można w różnoraki sposób. Można pisać tak jak ja. Na zmianę zdaniami złożonymi i prostymi. Zdaniami i równoważnikami zdań. Zdania pisane muszą mieć sens. Nad tym jednak dopiero pracuję. Wiele piszących osób ma swoje własne style. Dla tych co tego nie posiadają polecam książkę pod tytułem 'Zabawy stylistyczne', jakiegoś francuskiego pisarza. Nie pamiętam nazwiska, ale na 100% umieszczę je gdzieś tutaj, jak sobie przypomnę. Ta mała książeczka zawiera jedno wydarzenie opisane w 49 różnych sposobów. Prawdziwy popis. Nie mylić z PO-PiSem.
A propos PO-PiSu - należy wiedzieć do kogo się pisze. Najczęściej popełnianym przez współczesnych felietonistów błędem jest wyważanie otwartych drzwi. Wiadomo, że dużo osób wie, że rządy braci, chylące się ostatnio ku upadkowi, są złe dla kraju. I felietoniści o tym piszą. Tylko dlaczego akurat w tych gazetach, które czytają osoby wierzące w te twierdzenie? Powinni pisać tam, gdzie Two Ducks And Ziobro cieszą się poważaniem. Na tym to chyba polega. Łatwo pisać z ogólnie płynącym prądem, ale dużo trudniej pod prąd. Spróbujcie kiedyś napisać do Najwyższego Czasu artykuł chwalący socjalizm. Ciekawe czy umieszczą.
Jeszcze raz wróćmy do pisania. Pisać należy w sposób uporządkowany. Pisząc tak jak ja teraz piszemy bardziej swobodnie, a przez to mamy głupie problemy na testach z pisaniem rozprawek. Jestem zwolennikiem pisania bardziej na luzie, bez upychania się w sztywnych ramach gatunków i rodzajów wypowiedzi pisemnych. To jest ewidentnie bez sensu i powoduje, że mózg zaczyna działać na złych falach, blokuje fantazje i się nie ma potem snów o kościołach.
Dobrze by było gdybym dzieło pisane zostało zakończone. Kończyć można różnie. Happy endem, not happy endem, czy pointą. Pointa musi być wyrazista i zaskakiwać czytelnika. Nie to co tutaj.
Ps. Pisanie o pisaniu jest dziwną przypadłością, dlatego też zostało to sklasyfikowane jako brednie.
Ps.2. Nie dziaała mi deeeekoder teeeelewizji Trwaaaam.

sobota, 4 sierpnia 2007

PPLBP35RŻ

Witam wszystkich ponownie. Wasze mózgi działają poprawnie, nie próbujcie ich kontrolować, to i tak nic nie da.
Dzisiaj będzie nota prawie, że biograficzna, na temat genialnego człowieka, niejakiego Krzysztofa Ż.
Krzysztof Ż. przyszedł na świat w kwietniu roku pańskiego 1969. Przyszedł na świat i mieszkał prawdopodobnie w Nowej Wsi Goszczańskiej, razem ze swoim ojcem Antonim Ż. W wieku lat iluś stracił matkę. Jego ojciec postanowił w tym wypadku ponownie się ożenić, aby mały Krzysiu nie miał problemów z dorastaniem.Wybranką Antoniego stała sie Genowefa T. z domu L., matka mojej matki. Historia pokazała, że ślub odbył się 'bo mi się żal Krzysia zrobiło'. Po ślubie nie było nocy poślubnej, Antoni Ż., uciekł do swojej matki.
Mały Krzysiu dorastał i realizował swoje wielkie marzenia, od zawsze marzył o tym, aby zostać kimś wielkim. Pierwszy krok ku temu poczynił jako siedemnastolatek. W owym czasie na terenie gminy Twardogóra odbywał się rajd samochodowy. Krzychu załapał się na pilota w jednym z samochodów. Niestety, wyścig nie zakończył się dla nich zbyt dobrze - wskutek złej nawigacji samochód wypadł z drogi na Goli Wielkiej, a następnie kilkukrotnie dachował. Wedle relacji mojej mamy 'Skurwysyn się w nocy budził przestraszony, cały obesrany'.
Nie zraziło go to jednak. Po skończonej osiemnastce zapisał się do ZOMO. Jako wierny sługa ustroju walczył we Wrocławiu z Pomarańczową Alternatywą, czyli z krasnalami. Do tej pory zachował się oryginalny film, na którym jest on przedstawiony jako postać stojąca na chodniku z inteligentnym wyrazem twarzy. Film ten jest często wyświetlany przez TVP3, przy okazji rocznic jakiś wystąpień za komuny. Oprócz walki z wrogami ludu Ż. wsławił się walką z drzewami w lasach trzebnickich. Wedle relacji świadków oddział, do którego należał w czasie manewrów pałował drzewa.
Z czasem ukochany ustrój upadł, zaczął szaleć kapitalizm i tania wódka. W 1994 Krzysiu zatrudnił sie w fabryce mebli 'Bodzio'. Pracował tam długo i sumiennie. Wsławił się między innymi tym, że roztrzaskał kilka szafek. Praca oznaczała przypływ pieniędzy, które poszły na wódkę. Krzysztof pił wtedy nawet z Bogusławem Lindą, przy okazji kręcenia filmu 'Jańcio Wodnik'. Alkoholizm trwał nieprawdopodobnie długo, ale skończył się ok. roku 2001, kiedy to zapisał się on (Krzychu, a nie alkoholizm) do organizacji AA. Odciążenie mózgu od obciążenia napojami wysoko-procentowymi zaowocował zmianami w jego myśleniu. Wtedy zaczął się tak zwany 'Złoty okres'.
Krzysztof kupił sobie telefon komórkowy, Nokię jakąś tam starą, która służy mu dzielnie aż do tego momentu. Komórka ta przydatna mu było do dwóch rzeczy - zapisania się do polskiej edycji Big Brothera, oraz znalezienia sobie partnerki życiowej. To pierwsze się niestety nie udało, mimo wysłania 5 smsów i zapewnień 'co? mnie nie wezmą? mnie? zobaczą moją sylwetkę i już jestem w programie!'. Z drugim o dziwo było łatwiej. Ogłoszenie o treści:
Atrakcyjny wysoki brunet kawaler pozna pannę, może być z dzieckiem, kontakt pod numerem (tu numer)
pojawiło sie w jakiejś gazetce matrymonialnej. Ku zaskoczeniu wszystkich rozdzwoniły się telefony i przybyły smsy. Mnie przypadła w tej historii rola sekretarza, umawiałem kobiety na spotkania i odpisywałem na smsy. Myślę, że to ostatnie trochę pomogło w walce o wybrankę życia. Wśród kandydatek na przyszłą żonę trafiały się prawdziwe rarytasy, od Wietnamki mieszkającej w Sopocie, przez grubą, paskudną, bogatą wdowę z Krośnic, po fanatyczkę pierogów ruskich z Rybnika. Ten ostatni przypadek był tym charakterystyczny, że potencjalnej teściowej bardzo zależało na tym by jej córka spotkała się z Krzychem, więc próbowała mnie przekupić pierogami, bym zapisał ją jako pierwszą na liście. Z tego jednak nic nie wyszło, pierogów nie dostałem.
W końcu udało sie znaleźć kandydatkę optymalną, niejaką Beatę Sz., z domu K. zamieszkałą w Ozimku. Już widzę jak pewna mieszkanka Nowej Wsi ucieka w popłochu. I ma rację. Bo to o tę kobietę chodzi.
W międzyczasie doszło jednak do wydarzeń innych. W Wierzchowicach eksplodował szyb gazowy. Krzysztof jako strażak wziął udział w akcji, nocą wyskoczył z mieszkania przez okno w kalesonach i pojechał na miejsce zdarzenia. Działał on wtedy aktywnie jako pomocnik kierowcy cysterny, przewożącej wodę. W pamięć zapadła mi jedna jego wypowiedź:
No i jedziemy ku**a, a tu nagle ku**a coś pier****ęło, myślę sobie, że ku**a już po mnie, a to się okazało, że to opona się rozje***a, cały obesrany byłem
Pożar został ugaszony po ok. tygodniu. Krzysztof wrócił do swojego życia uczuciowego.
Wziął najpierw ślub cywilny, a po pewnych perturbacjach również i kościelny. To był 13 sierpnia. Nie bez powodu chyba 13. Wesele było nudne i do rzyci, odpowiadałem za oprawę muzyczną, lecz po pewnym czasie nawet muzyka nikomu nie przeszkadzała. Przy okazji wesela wyszło na to, że mieszkańcy Opolszczyzny są strasznie sztywni, mimo wszystko miło wspominam poznanie sobowtóra Ludwika Dorna.
I się zaczęło. Ż. zamieszkał w Ozimku, pracował w salonie meblowym 'Bodzio' w Opolu. Pracował... no cóż... Pewnego dnia postanowiłem odwiedzić ten salon. Byłem akurat w Opolu, miałem blisko na ulicę Kolejową. Gdy trafiłem na miejsce wuja demonstrował właśnie działanie rozkładanej wersalki. Nieszczęśliwie otworzył to w taki sposób, że górna część uderzyła w klienta stojącego za tą wersalką. Zdarza sie. Jeden klient w te czy we wte, co to za różnica, nie? Moją uwagę, oprócz tego, że nikt nie potrafił policzyć procentów, przykuła ciekawa szafka. Za Chiny nie mogłem jej otworzyć. Pomógł mi oczywiście Krzysiek - pociągnął szafkę i wyrwał cały front, jak się okazało, szafka miała uchwyty tylko dla poklasku, otwierała sie za pomocą klapy na górze.
Po długaśnej aferze, z kradzieżą pieniędzy, grzybów i pustaków Ż. zmienił pracę. Zatrudnił się w hurtowni alkoholi innych napojów. Już po kilku dniach został zdegradowany z pozycji kierowcy na stanowisko zwykłego pomagiera. Przyczyną tego było to, że nasz bohater nie domknął tylnych drzwi w ciężarówce KIA. Przypadkiem za nim jechał patrol policji. Na jednym z zakrętów drzwi się otwarły, a pokaźny arsenał butelek upadł na maskę radiowozu. Kierowca musiał zapłacić mandat. Jego komentarz do tej sytuacji brzmiał następująco:
Mandaty są po to by je płacić
Szefostwo tego słusznego postulatu nie poparło. W związku z coraz większymi wymaganiami finansowymi wielki człowiek musiał zacząć szukać alternatywnych źródeł zarobków. I tu powstało kilkadziesiąt koncepcji.
Pierwszą z nich była Polska Partia Ludzi Bezrobotnych Powyżej 35 Roku Życia, w skrócie PPLBP35RŻ. Pierwsza polska partia alaborzystów, niestety inicjatywa nie wypaliła, nie chciałem mu pisać programu, jeszcze by wygrał ( w Polce jest wszystko możliwe ), a w najgorszym wypadku stałby się gwiazdą pokroju Kononowicza. Z tego pomysłu uchowało sie jednak jedno hasło jego ojca:
Rowy kosić, stawy czyścić, a nie do telewizora włazić i głupoty gadać
Następnie były kolejno:
- wytwórnia długopisów,
- działanie jako agent ubezpieczeniowy AIG (zabrał mi 160 złotych złodziej jeden!),
- praca w fabryce kabli,
- spawanie rowerów (?),
- piosenkarz ("co? ja śpiewać nie umie? dajesz mi mikrofon i Ci wszystko zaśpiewam"),
- wizja powrotu do Bodzia,
- zakładanie straży pożarnej w Ozimku,
- rada gminy Ozimek,
A w końcu wyjazd do Wielkiej Brytanii. Początkowo miał pracować na budowie wioski olimpijskiej pod Londynem. Oto kilka cytatów z tym związanych:
8 milionów ludzi i ja - Krzysztof!
Ty się śmiej, ty się ku**a śmiej! Pokazują Ci, które meble i wsiu wsiu wsiu przez okno.

A to w Szkocji mówią po angielsku?
Dzięki pomocy pewnego Pakistańczyka Ż. znalazł pracę. Podał się za stolarza i dzięki temu pracował jako lakiernik. Już pierwszego dnia popsuł dwie maszyny. Pod koniec dnia doszło jednak do czegoś znacznie gorszego. Eksplodował bowiem pistolet lakierniczy, przerażony Krzysiu skierował strumień lakieru w kierunku pracujących obok niego Brytyjczyków, to było straszne. Ogromne straty, a do tego:
Nagle sru! Patrzyli się na mnie jak na głupiego
Trudno. Po wielu głupich pomysłach Ż. wrócił do kraju. Pracuje ponownie w hurtowni. Zapewne jeszcze nie jeden głupi pomysł wpadnie do głowy tego wybitnego męża stanu. Nieraz nas zaskoczy.
Wy się ku**a śmiejcie, ale on jeszcze będzie premierem. Albo prezydentem. Albo jednym i drugim.
PS. Dziwna ta nota, ale miałem pomysł, żeby coś takiego napisać, oceńcie czy to się nadaje do czytania czy nie.

wtorek, 31 lipca 2007

Nota bez tytułu.

Witam ponownie. Dziś 31 lipiec roku 2007. Jak co roku jest dzisiaj 31 lipiec. Ba, nawet jak co tydzień jest dzisiaj wtorek. We wtorki z reguły nic się nie dzieje. W ten wtorek jednak coś się wydarzyło. Mianowicie od dzisiaj zaczynam się siebie bać.
Zaczynam się siebie bać ze względu na kilkanaście wydarzeń jakie mnie się przytrafiają. Pierwszym jest oczywiście osławione już śnienie o kościołach. Ostatnio, bo w nocy z niedzielę na poniedziałek, znów mi się to śniło. O tym będzie kiedy indziej, jak tego mi się więcej przyśni.
Rzeczą drugą, może i ciekawszą jest to, że działam pobudzająco na elektrykę. Tak. Na elektrykę. Objawia to się między innymi tym, że radio (na którym słucham muzyki, pozdrowienia) widocznie lepiej odbiera gdy znajduję się w odległości ok. 1 metra od odbiornika. Inny przypadek przytrafił mi się pewnego pięknego dnia, kiedy po raz n-ty wyładował mi się telefon. Wiadomo co zrobiłem. Podłączyłem to ustrojstwo do ładowarki i bziuuu... zaraz po podłączeniu wyskoczyła informacja 'bateria naładowana!'.
Oprócz wydarzeń stricte fizycznych są również przypadki umysłowo. Weźmy takie krakersy. Zakupiłem sobie tego trochę w sklepie. Na wszystkich egzemplarzach były karciane asy. Gdzie pointa? Ano tu, że gdy dokonywałem tej transakcji handlowej byłem szczerze przekonany, że są tam wszystkie typy asiorów. Gdy dotarłem do domu w cudownym sposób doszło do tego, że zostały same Karo(liny).
Przypadkiem umysłowo-fizycznym można natomiast nazwać dosyć ciekawą przypadłość jaka mi się przytrafiła. Mianowicie gdy mój umysł pracuje na pełnych obrotach, tak jak teraz, zaczynam chodzić. Wstaję i robie kółko dookoła zieloniastych foteli. Niby nic, a jednak. Jakby to pozbierać to się zbierze tego kupa. Czemu tak robię? Po co? Czemu widzę świat w FPP? Dlaczego akurat ja jestem mną? Te pytania to jednak pytania za mądre, na które odpowiem kiedy indziej.
A teraz sprawa inna (ze względu na to ze spraw jest więcej niż jedna nota nie ma tytułu) - chciałbym tu pozdrowić Kamila z Gdyni, który się tego domagał, oraz innych którzy by tego chcieli.
PS. Tu miejsce na Twoją reklamę.
PS2. Tekst ten był sponsorowany przez Sasza & Misza Productions co.
PS3. Więcej peesów nie będzie.

środa, 25 lipca 2007

Kościelna telenowela.

Kościół pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Goszczu nie jest żadnym szczególnym miejscem. Wprawdzie swego czasu, wedle informacji podanej na stronie salezjanów, o kilka metrów 'podwyższono wierzbę', ale to nic ważnego. Zagadkowym zagadnieniem pozostaje więc jedna sprawa - dlaczego kościół ten śni się mi tak często?
Pierwszy sen z owym obiektem sakralnym odbył się ok. 2-3 miesięcy temu. Sen krótki, prosty, bez skomplikowanej fabuły. We śnie owym znajdowałem się w prezbiterium, siedziałem na krzesełku i obserwowałem. Obserwowałem scenę batalistyczną, grupa ludu, rzuciła się do ataku właśnie w kierunku prezbiterium, lecz w między czasie zdołali się pokłócić między sobą. Bójka była krótka, jednym z lepiej zapamiętanych faktów z tego snu był człowiek wzrostem niski uwieszony na szyi człowieka wzrostem wysokiego.
Sen drugi był z goła inny. Przedstawiona była w nim msza św., odprawiana przez nie byle kogo, albowiem przez samego papieża Benedykta XVI. Mój występ we śnie był dosyć ograniczony. Czytałem bądź to 'czytanie', bądź ewangelię. Wydaje mi się, że był to sen pół-świadomy, ponieważ usiłowałem przeczytać co tam jest napisane, lecz nie szło mi to zbyt, albowiem we snach przeczytanie czegokolwiek jest niemożliwe. Podobnie jest z godzinami na zegarkach, nie m co się tym sugerować, odwrócimy wzrok, spojrzymy ponownie i już jest kilka godzin do przodu.
Trzecie 'nocne widzenie' było już inne, lepsze. Zdecydowanie bardziej rozbudowane i wielowątkowe. I skupiało się nie tylko na kościele. Zaczęło się niepozornie, od podróży po szatni, bądź jakiś innych podziemiach. Podróżowałem po tych terenach podziemnych wraz z kolegą, który gdzieś w trakcie snu zniknął. Zapewne mój mózg uznał go za coś niepotrzebnego i go wykreślił z mojej świadomości. W czasie tego chodu spotkałem dziewczynę, nie wiem czy ją znam, ale we śnie została odebrana jako znajoma. Razem ze znajomą wyruszyliśmy na zachód (w lewo) i cóż, chyba dziura we śnie, ale znalazłem się w kościele. Tym razem nie ja czytałem, lecz kto inny. Prawdopodobnie Brzuzy, lecz głowy, ani żadnej innej części siebie, nie dam sobie uciąć. Czytanie było dosyć charakterystyczne, ponieważ padło w nim wyrażenie 'Forum Reformatorskie'. Forum to jest blokiem wyborczym mojej partii z Finnmarku (link z boku strony), nad nazwą dwie tęgie głowy myślały dosyć długo. Stąd nasuwa mi się sugestia o tym, że myśląc o czymś w momencie zaśnięcia można doprowadzić do tego by to coś zostało odtworzone we śnie. O ile nie zapomnę postaram się dokonać pewnego eksperymentu, będę o czymś wieczorem intensywnie myślał i sprawdzę czy mi się przyśni.
Wróćmy jednak do snów. Sen numer IV. Cyfra ta jest cyfrą wybitnie polityczną. Sen jednak politycznym nie był. Zaczęło się tradycyjnie, od potańcówy na jakiejś sali gimnastycznej. Do budynku tego wpadła para osób, wydawało mi się znajomych. Wzbudziło to we mnie chyba zazdrość i chyba na przekór żeńskiej części tej pary 'dorwałem' jakąś osobę, która wedle moich odczuć była koleżanką z byłej klasy i się dancing zaczął. Tu dziura i teleport. Jestem w kościele, znów msza, nieznany mi ksiądz ją odprawia. Udaję się do zakrystii, patrzę na zegar - 9:40. Ksiądz odmówił to co miał odmówić i skierował się do zakrystii. Tam, razem z innymi ministrantami, odmówiliśmy modlitwę ministrancką i wróciliśmy 'na kościół'. I ponownie dziura w śnie. Znajduję się pod kościołem, na cmentarzu, patrzę w kierunku goszczańskiego Rynku. Obok mnie stoi sąsiad, z jego ust płyną słowa 'patrz kuliste' (pewnie chodziło o pioruny) i nagle na niebie pojawiają się kule, które lecą w górę, ale również i w dół, całość wygląda jak jakieś bombardowanie. Kończy się, a razem z tym cały sen.
Snów nigdy za wiele, następny, już piąty, swój początek znów miał tam gdzie miały na początku. Dosyć trudno go wspominam. Pamiętam, że była to msza wieczorna, wskazywały na to witraże kościelne, ciemniejsze niż zwykle. Siedziałem tam, gdzie zazwyczaj siedzę, na zakręcie. Popatrzyłem do przodu. Zazwyczaj na przeciwko mnie znajduje się ministrant obsługujący rzutnik. I tu jedno z największych zdziwień, albowiem ministrantem tym był sam minister edukacji narodowej, Roman G. Ministero był ubrany w komżę i miał na sobie czerwony kołnierzyk. Jest to fakt ważny, ponieważ po chwili rozpoczęło się rozdawanie karteczek, zupełnie jak na roratach, a w okresie adwentu kołnierzyki są fioletowe. Karteczki zamiast numerków miały jednak nazwiska. Siadłem obok ministra i popatrzyłem na swoją kartkę. Okazało się, że kartek jest więcej niż jedna. Cały gruby plik kart. W tym momencie organista zaczął śpiewać dosyć dziwną pieśń, której tekstu niestety nie mogę sobie teraz przypomnieć. Coś mnie tknęło, żeby przejść na drugą stronę, wszedłem za ołtarz i zamiast być tam gdzie być miałem znalazłem się w jakimś tunelu, jakby kopalnianym, z torami. Parę razy przejechałem (na swoich butach?!) i sen się triumfalnie zakończył.
Ostatnie, jak dotychczas, widzenie budynku sakralnego miałem chyba dwa dni temu. Stałem razem z kolegą pod bramą wjazdową na cmentarz. Stoimy tak i nagle zauważyłem, że od strony plebanii biegnie panna młoda z welonem. Ot dziwny widok. Spojrzałem w lewo, a tam... poseł Cymański (PiS). Poseł pociągnął łyka jakiegoś wina o barwie pomarończowopodobnej i spojrzał w moim kierunku pytając czy bym się nie chciał napić. Odmówiłem mu wyrażeniem 'Ja abstynent', poseł powiedział 'Ja też' i wziął wino do ust.
Jak na razie to koniec moich snów o kościele. Zapewne niedługo powinno pojawić się jakieś logiczne wytłumaczenie tych wydarzeń. Charakterystyczne wydaje się to, że w ostatnim czasie do snów kościelnych dołączyli polscy politycy. Senniki podają sprzeczne wyrażenia, więc trudno cokolwiek zrozumieć. Zapewne sens tych snów objawi się gdy coś wydarzy się w życiu ziemskim, a nie umysłowym. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

wtorek, 24 lipca 2007

Tytułem wstępu.

A więc piszę bloga. Piszę bloga o sobie, bo o sobie wiem najwięcej. O sobie najwięcej można dowiedzieć się ze swoich snów. Moje sny są dosyć charakterystyczne i gdyby nie one pewnie nie czytalibyście tego czegoś. Do prowadzenia tegoż czegoś zachęcał mnie, z dobrym skutkiem, pewien mieszkaniec Elbląga, niejaki Karol G. W tym miejscu chciałbym go pozdrowić.
Ten blog ma być w założeniu o snach i rzeczach dookoła nich, ale druga część tytułu zapewne powiedziała wam już, że nie tylko o tym. W sumie, jeżeli nie będę się lenił, co się zdarza często, to te inne zdominują mój skrawek internetu (powierzony mi czasowo, czytałem dokładnie regulamin xD ). Żeby nie przynudzać (jest wieczór, jeszcze zaśniecie i coś wam się przyśni, żaden eseista, felietonista by tego nie chciał) kończę to i jednocześnie informuję, że można sobie tu zamówić reklamę. Wystarczy skontaktować się ze mną pod numerem 9605231 i przekazać mi kopertę.
A pierwsza poważna (xD) nota powinna być jutro, ale kto wie, kto wie xP