poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Z Archiwum XYZ.

Pojawiają się znienacka. Podróżują dziwnie wyglądającymi pojazdami. Zjawiają się, kradną kasę, porywają ludzi i znikają. Wielu ich widziało, ale wciąż nie ma oficjalnych dowodów na ich istnienie. Gdziekolwiek się pojawią sieją zamęt, spustoszenie, panikę, pleśń i zdziwienie. Już wiecie o czym mówię? Dokładnie. Mowa o radiowozach. Już dawno powinienem zając się tą sprawą, lecz nie miałem odpowiedniej motywacji. Dopiero seria dziwnych spotkań z tymi niebieskimi pojazdami przekonała mnie do zbadania tej wielkiej tajemnicy.
Ludzi, którzy twierdzą, że widzieli radiowozy jest wyjątkowo dużo. Zacznijmy od małego Krzysia, który przeprowadzając swoją niewidomą babcię przez jezdnię o mało nie został rozjechany przez duży, niebieski pojazd z białym pasem na środku. Rysunek, sporządzony potem przez Krzysia, można dziś znaleźć w internecie. Czy Krzysio zmyślał, ponieważ chciał być sławny? Profesor Rumheistvagen, z uniwersytetu Schnytzelgebraten w Saltzburgu udowadnia, że Krzysio zmyślił całą tę historię. Argumentuje to faktem, że ośmiolatek dużo zarobił na udzielanych mediom wywiadach. Uważa ponadto iż radiowozy nie istnieją.
Zgoła innego zdania jest pani Genowefa Marciniszyn. Zeznała ona, że 5 kwietnia bieżącego roku jechała wraz z mężem z domu swojej bratanicy, kiedy wydarzyła się rzecz dziwna. Mianowicie zobaczyła niebiesko-czerwone światło w tylnym lusterku pojazdu, oraz usłyszała przerażający donośny dźwięk. Zeznaje iż brzmiał on 'yuuuu yuuuu yuuuu yuuu ym ym yuuu'. Taśmę z głosem pani Genowefy można nabyć na targu w Twardogórze, na stoisku Saszy i Miszy. Później samochód zajechał jej drogę i była zmuszona opuścić swój wehikuł. Jej mąż był w tym czasie 'niedysponowany' (przez stan upojenia alkoholowego). Radiowóz był mniejszy od tego opisanego przez Krzysia, co potwierdza teorię profesora Rumheistvagena. W każdym razie wysiadło z niego dwóch humanoidów koloru niebieskiego. Pani Genowefa postanowiła się bronić. "Ożeszkurwamać!Matkoboskaczęstchowskajasnacholerabumcykcyk!" - mówiła pani Gienia. Zabrali ją do swojej kwatery głównej. Pani Marciniszyn pamięta tylko pobyt w dużej izbie. Podobno była przypięta pasami do łóżka. "Porwali, zgwałcili, kasjankję zabrali!" - żywiołowo relacjonuje poszkodowana. Obudziła się gdzieś za miastem, a jej mąż w domu. Ten drugi nic nie pamięta.
Również moi 'znajomi' spotkali się z radiowozem. Spożywali pewne trunki na rynku, gdy jeden z nich pomachał flaszką w kierunku pewnego, małego, dziwnego przedmiotu zawieszonego na słupie, po czym wypiął się nań i charknął odbytem. Po pięciu minutach przyjechał radiowóz! Tym razem wysiadło z niego trzech niebieskich humanoidów. 'Kumple' chcieli się bronić, lecz ich przeciwnicy mieli takie dziwne pałki, czy coś takiego. Również nic nie pamiętają. Jeden tylko twierdzi coś, że przywiązali go do jakieś łóżka, w wielkiej sali z innymi 'kumplami'. Podobno nie było tam klamek i były kraty w jednym jedynym oknie. Obudzili się za wioską, bez dokumentów i prawa jazdy. Mieli siniaki na ciałach.
Wypadałoby również wspomnieć o obcym, którego widział cały Wrocław. Na ulicy był wielki korek, a na środku stał niebieski humanoid, w żółtej kamizelce z napisem zaczynającym się na "P" i wymachiwał do ludzi. Mama powiedziała mi, że to "pajac". Widać byłem za młody, by poznać tę straszną prawdę.
Jak więc widzicie radiowozy istnieją. Pojawiają się niespodziewanie, przypinają do łóżek i podobno gwałcą (ale w to nie radzę wierzyć). Jeśli kiedykolwiek widziałeś radiowóz - nie martw się. Nie jesteś sam. Oni są wśród nas.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Pisanie.

Pisać każdy może, ale nie każdy pisać chce. Niektórzy chcą pisać, a nie mogą, inni zaś nie mogą pisać i nie chcą. Pisanie wbrew pozorom nie jest zadaniem łatwym. Pisanie wymaga uruchomienia mózgu.
Mózg można uruchomić na kilka sposobów. Pierwszą metodą jest metoda na zapych. Podobnie jak w samochodach, popychamy mózg w kierunku 'na przeciwko' i jednocześnie kluczem próbujemy go uruchomić. Nie polecam tej metody ze względu na możliwe uszkodzenia mózgu. Poobijany mózg bardzo trudno włożyć z powrotem do głowy, może się zdarzyć, że deformacje w ogóle uniemożliwią umieszczenie obiektu w miejscu mu przeznaczonym.
Mało kto wie jak mózg wygląda. Jeśli patrząc w lustro widzisz swój mózg to znak, że powinieneś/aś udać się do najbliższego punktu medycznego. Chyba, że nie żyjesz, ale to już inna sprawa. Aby realnie dojrzeć jak najważniejsza część człowieka wygląda należy użyć specjalistycznego sprzętu. Potrzebne nam będą:
a)peryskop
b)latarka
c)minimalizator materii
O ile w przypadku dwóch pierwszych przedmiotów zdobycie ich jest względnie łatwe (można łódź podwodną okraść na przykład) to przedmiot c) jest rzadko spotykany. Tu niestety trzeba się popisać inwencją twórczą i spróbować to zrobić samemu. Nie znam na to recepty.
Wróćmy jednak do pisania. Pisać można w różnoraki sposób. Można pisać tak jak ja. Na zmianę zdaniami złożonymi i prostymi. Zdaniami i równoważnikami zdań. Zdania pisane muszą mieć sens. Nad tym jednak dopiero pracuję. Wiele piszących osób ma swoje własne style. Dla tych co tego nie posiadają polecam książkę pod tytułem 'Zabawy stylistyczne', jakiegoś francuskiego pisarza. Nie pamiętam nazwiska, ale na 100% umieszczę je gdzieś tutaj, jak sobie przypomnę. Ta mała książeczka zawiera jedno wydarzenie opisane w 49 różnych sposobów. Prawdziwy popis. Nie mylić z PO-PiSem.
A propos PO-PiSu - należy wiedzieć do kogo się pisze. Najczęściej popełnianym przez współczesnych felietonistów błędem jest wyważanie otwartych drzwi. Wiadomo, że dużo osób wie, że rządy braci, chylące się ostatnio ku upadkowi, są złe dla kraju. I felietoniści o tym piszą. Tylko dlaczego akurat w tych gazetach, które czytają osoby wierzące w te twierdzenie? Powinni pisać tam, gdzie Two Ducks And Ziobro cieszą się poważaniem. Na tym to chyba polega. Łatwo pisać z ogólnie płynącym prądem, ale dużo trudniej pod prąd. Spróbujcie kiedyś napisać do Najwyższego Czasu artykuł chwalący socjalizm. Ciekawe czy umieszczą.
Jeszcze raz wróćmy do pisania. Pisać należy w sposób uporządkowany. Pisząc tak jak ja teraz piszemy bardziej swobodnie, a przez to mamy głupie problemy na testach z pisaniem rozprawek. Jestem zwolennikiem pisania bardziej na luzie, bez upychania się w sztywnych ramach gatunków i rodzajów wypowiedzi pisemnych. To jest ewidentnie bez sensu i powoduje, że mózg zaczyna działać na złych falach, blokuje fantazje i się nie ma potem snów o kościołach.
Dobrze by było gdybym dzieło pisane zostało zakończone. Kończyć można różnie. Happy endem, not happy endem, czy pointą. Pointa musi być wyrazista i zaskakiwać czytelnika. Nie to co tutaj.
Ps. Pisanie o pisaniu jest dziwną przypadłością, dlatego też zostało to sklasyfikowane jako brednie.
Ps.2. Nie dziaała mi deeeekoder teeeelewizji Trwaaaam.

sobota, 4 sierpnia 2007

PPLBP35RŻ

Witam wszystkich ponownie. Wasze mózgi działają poprawnie, nie próbujcie ich kontrolować, to i tak nic nie da.
Dzisiaj będzie nota prawie, że biograficzna, na temat genialnego człowieka, niejakiego Krzysztofa Ż.
Krzysztof Ż. przyszedł na świat w kwietniu roku pańskiego 1969. Przyszedł na świat i mieszkał prawdopodobnie w Nowej Wsi Goszczańskiej, razem ze swoim ojcem Antonim Ż. W wieku lat iluś stracił matkę. Jego ojciec postanowił w tym wypadku ponownie się ożenić, aby mały Krzysiu nie miał problemów z dorastaniem.Wybranką Antoniego stała sie Genowefa T. z domu L., matka mojej matki. Historia pokazała, że ślub odbył się 'bo mi się żal Krzysia zrobiło'. Po ślubie nie było nocy poślubnej, Antoni Ż., uciekł do swojej matki.
Mały Krzysiu dorastał i realizował swoje wielkie marzenia, od zawsze marzył o tym, aby zostać kimś wielkim. Pierwszy krok ku temu poczynił jako siedemnastolatek. W owym czasie na terenie gminy Twardogóra odbywał się rajd samochodowy. Krzychu załapał się na pilota w jednym z samochodów. Niestety, wyścig nie zakończył się dla nich zbyt dobrze - wskutek złej nawigacji samochód wypadł z drogi na Goli Wielkiej, a następnie kilkukrotnie dachował. Wedle relacji mojej mamy 'Skurwysyn się w nocy budził przestraszony, cały obesrany'.
Nie zraziło go to jednak. Po skończonej osiemnastce zapisał się do ZOMO. Jako wierny sługa ustroju walczył we Wrocławiu z Pomarańczową Alternatywą, czyli z krasnalami. Do tej pory zachował się oryginalny film, na którym jest on przedstawiony jako postać stojąca na chodniku z inteligentnym wyrazem twarzy. Film ten jest często wyświetlany przez TVP3, przy okazji rocznic jakiś wystąpień za komuny. Oprócz walki z wrogami ludu Ż. wsławił się walką z drzewami w lasach trzebnickich. Wedle relacji świadków oddział, do którego należał w czasie manewrów pałował drzewa.
Z czasem ukochany ustrój upadł, zaczął szaleć kapitalizm i tania wódka. W 1994 Krzysiu zatrudnił sie w fabryce mebli 'Bodzio'. Pracował tam długo i sumiennie. Wsławił się między innymi tym, że roztrzaskał kilka szafek. Praca oznaczała przypływ pieniędzy, które poszły na wódkę. Krzysztof pił wtedy nawet z Bogusławem Lindą, przy okazji kręcenia filmu 'Jańcio Wodnik'. Alkoholizm trwał nieprawdopodobnie długo, ale skończył się ok. roku 2001, kiedy to zapisał się on (Krzychu, a nie alkoholizm) do organizacji AA. Odciążenie mózgu od obciążenia napojami wysoko-procentowymi zaowocował zmianami w jego myśleniu. Wtedy zaczął się tak zwany 'Złoty okres'.
Krzysztof kupił sobie telefon komórkowy, Nokię jakąś tam starą, która służy mu dzielnie aż do tego momentu. Komórka ta przydatna mu było do dwóch rzeczy - zapisania się do polskiej edycji Big Brothera, oraz znalezienia sobie partnerki życiowej. To pierwsze się niestety nie udało, mimo wysłania 5 smsów i zapewnień 'co? mnie nie wezmą? mnie? zobaczą moją sylwetkę i już jestem w programie!'. Z drugim o dziwo było łatwiej. Ogłoszenie o treści:
Atrakcyjny wysoki brunet kawaler pozna pannę, może być z dzieckiem, kontakt pod numerem (tu numer)
pojawiło sie w jakiejś gazetce matrymonialnej. Ku zaskoczeniu wszystkich rozdzwoniły się telefony i przybyły smsy. Mnie przypadła w tej historii rola sekretarza, umawiałem kobiety na spotkania i odpisywałem na smsy. Myślę, że to ostatnie trochę pomogło w walce o wybrankę życia. Wśród kandydatek na przyszłą żonę trafiały się prawdziwe rarytasy, od Wietnamki mieszkającej w Sopocie, przez grubą, paskudną, bogatą wdowę z Krośnic, po fanatyczkę pierogów ruskich z Rybnika. Ten ostatni przypadek był tym charakterystyczny, że potencjalnej teściowej bardzo zależało na tym by jej córka spotkała się z Krzychem, więc próbowała mnie przekupić pierogami, bym zapisał ją jako pierwszą na liście. Z tego jednak nic nie wyszło, pierogów nie dostałem.
W końcu udało sie znaleźć kandydatkę optymalną, niejaką Beatę Sz., z domu K. zamieszkałą w Ozimku. Już widzę jak pewna mieszkanka Nowej Wsi ucieka w popłochu. I ma rację. Bo to o tę kobietę chodzi.
W międzyczasie doszło jednak do wydarzeń innych. W Wierzchowicach eksplodował szyb gazowy. Krzysztof jako strażak wziął udział w akcji, nocą wyskoczył z mieszkania przez okno w kalesonach i pojechał na miejsce zdarzenia. Działał on wtedy aktywnie jako pomocnik kierowcy cysterny, przewożącej wodę. W pamięć zapadła mi jedna jego wypowiedź:
No i jedziemy ku**a, a tu nagle ku**a coś pier****ęło, myślę sobie, że ku**a już po mnie, a to się okazało, że to opona się rozje***a, cały obesrany byłem
Pożar został ugaszony po ok. tygodniu. Krzysztof wrócił do swojego życia uczuciowego.
Wziął najpierw ślub cywilny, a po pewnych perturbacjach również i kościelny. To był 13 sierpnia. Nie bez powodu chyba 13. Wesele było nudne i do rzyci, odpowiadałem za oprawę muzyczną, lecz po pewnym czasie nawet muzyka nikomu nie przeszkadzała. Przy okazji wesela wyszło na to, że mieszkańcy Opolszczyzny są strasznie sztywni, mimo wszystko miło wspominam poznanie sobowtóra Ludwika Dorna.
I się zaczęło. Ż. zamieszkał w Ozimku, pracował w salonie meblowym 'Bodzio' w Opolu. Pracował... no cóż... Pewnego dnia postanowiłem odwiedzić ten salon. Byłem akurat w Opolu, miałem blisko na ulicę Kolejową. Gdy trafiłem na miejsce wuja demonstrował właśnie działanie rozkładanej wersalki. Nieszczęśliwie otworzył to w taki sposób, że górna część uderzyła w klienta stojącego za tą wersalką. Zdarza sie. Jeden klient w te czy we wte, co to za różnica, nie? Moją uwagę, oprócz tego, że nikt nie potrafił policzyć procentów, przykuła ciekawa szafka. Za Chiny nie mogłem jej otworzyć. Pomógł mi oczywiście Krzysiek - pociągnął szafkę i wyrwał cały front, jak się okazało, szafka miała uchwyty tylko dla poklasku, otwierała sie za pomocą klapy na górze.
Po długaśnej aferze, z kradzieżą pieniędzy, grzybów i pustaków Ż. zmienił pracę. Zatrudnił się w hurtowni alkoholi innych napojów. Już po kilku dniach został zdegradowany z pozycji kierowcy na stanowisko zwykłego pomagiera. Przyczyną tego było to, że nasz bohater nie domknął tylnych drzwi w ciężarówce KIA. Przypadkiem za nim jechał patrol policji. Na jednym z zakrętów drzwi się otwarły, a pokaźny arsenał butelek upadł na maskę radiowozu. Kierowca musiał zapłacić mandat. Jego komentarz do tej sytuacji brzmiał następująco:
Mandaty są po to by je płacić
Szefostwo tego słusznego postulatu nie poparło. W związku z coraz większymi wymaganiami finansowymi wielki człowiek musiał zacząć szukać alternatywnych źródeł zarobków. I tu powstało kilkadziesiąt koncepcji.
Pierwszą z nich była Polska Partia Ludzi Bezrobotnych Powyżej 35 Roku Życia, w skrócie PPLBP35RŻ. Pierwsza polska partia alaborzystów, niestety inicjatywa nie wypaliła, nie chciałem mu pisać programu, jeszcze by wygrał ( w Polce jest wszystko możliwe ), a w najgorszym wypadku stałby się gwiazdą pokroju Kononowicza. Z tego pomysłu uchowało sie jednak jedno hasło jego ojca:
Rowy kosić, stawy czyścić, a nie do telewizora włazić i głupoty gadać
Następnie były kolejno:
- wytwórnia długopisów,
- działanie jako agent ubezpieczeniowy AIG (zabrał mi 160 złotych złodziej jeden!),
- praca w fabryce kabli,
- spawanie rowerów (?),
- piosenkarz ("co? ja śpiewać nie umie? dajesz mi mikrofon i Ci wszystko zaśpiewam"),
- wizja powrotu do Bodzia,
- zakładanie straży pożarnej w Ozimku,
- rada gminy Ozimek,
A w końcu wyjazd do Wielkiej Brytanii. Początkowo miał pracować na budowie wioski olimpijskiej pod Londynem. Oto kilka cytatów z tym związanych:
8 milionów ludzi i ja - Krzysztof!
Ty się śmiej, ty się ku**a śmiej! Pokazują Ci, które meble i wsiu wsiu wsiu przez okno.

A to w Szkocji mówią po angielsku?
Dzięki pomocy pewnego Pakistańczyka Ż. znalazł pracę. Podał się za stolarza i dzięki temu pracował jako lakiernik. Już pierwszego dnia popsuł dwie maszyny. Pod koniec dnia doszło jednak do czegoś znacznie gorszego. Eksplodował bowiem pistolet lakierniczy, przerażony Krzysiu skierował strumień lakieru w kierunku pracujących obok niego Brytyjczyków, to było straszne. Ogromne straty, a do tego:
Nagle sru! Patrzyli się na mnie jak na głupiego
Trudno. Po wielu głupich pomysłach Ż. wrócił do kraju. Pracuje ponownie w hurtowni. Zapewne jeszcze nie jeden głupi pomysł wpadnie do głowy tego wybitnego męża stanu. Nieraz nas zaskoczy.
Wy się ku**a śmiejcie, ale on jeszcze będzie premierem. Albo prezydentem. Albo jednym i drugim.
PS. Dziwna ta nota, ale miałem pomysł, żeby coś takiego napisać, oceńcie czy to się nadaje do czytania czy nie.