Witam. Ostatni post tego roku musi być szczególny. I będzie, chociaż musi zawierać kluczowe elementy właściwe wszystkim innym postom. Otóż w pierwszej części tego wiekopomnego postu umieszczony zostanie opis ostatniego snu tego roku, który to sen całkowicie przypadkowo zapamiętałem. Sen ów jest bardzo długi, jak większość postów, ale... No, jednak jest dłuższy, a ja dodatkowo go ozdobię różnorakimi środkami stylistycznymi. Drugą częścią będzie tradycyjnie podsumowanie roku 2008, jego plusy, jego minusy, jego cechy neutralne, osiągnięcia, wielkie klęski, oraz wielkie zwycięstwa.
Sen mój zaczął się w nocy. Wbrew pozorom nie chodzi tu o to, iż śnić zacząłem w nocy, nic z tych rzeczy. Sen dział się w nocy, początkowo nawet padał deszcz. Pierwsze skojarzenia jakie miałem to bez wątpienia... trailer "starego", emitowanego kiedyś na Polsacie filmu wojennego pt. Stalingrad. Gdybym wiedział, że śnię to na pewno bym miał nadzieję na wielką potyczkę na równie wielką skalę. Nic z tych rzeczy jednak. Szedłem w kierunku Drągawy, bądź Drągowa. Wieś nazywa się w rzeczywistości "Drągów", lecz tubylcy mają tendencję do zmieniana tej nazwy, nie podoba im się? Być może tak, ale to nie jest tematem tego posta. Widzicie jak w dziki sposób przy użyciu wyrażeń zwodniczych wszystko zostało wydłużone? Uczcie się od mistrza. W śnie zaczętym szedłem do Drągowa na nogach, pieszo, a w międzyczasie zaczęło się wypogadzać. Pogoda się poprawiała znaczy się. Co ciekawe przez ów początek nawet nie wiedziałem, że tam idę, byłem przekonany o tym, że nic nie wiem. Dopiero gdy znalazłem się na prostej stromej, prowadzącej w kierunku stawu zorientowałem się, gdzie jestem. Pamiętam to miejsce doskonale z licznych wydarzeń mojego życia.
Znalawszy się na dole dojrzałem swojego ekhm... kolegę, który już tu wielokrotnie był w sposób niemiły wspominany. Dojrzałem także jakiegoś czarnego psa, rasy mieszanej. Tu się zaczyna science-fiction, albowiem razem z tym psem, oraz kolegą ekhm... niesiemy książkę jakąś. Jest to gruby tom, nie mam pojęcia czyjego autorstwa, nawet w sumie nie chciałbym wiedzieć kto takie kobyły pisze. Na całe szczęście nie przyszło mi tego czytać, bo mimo, że pisać lubię, to z czytaniem przymusowym nie jest już tak różowo. W międzyczasie zrozumiałem, że ten pies potrafi gadać, a my idziemy w kierunku krzyżówki, gdzie znajduje się kapliczka z Matką Boską, której to kapliczki tam być nie powinno. Bo nie. Wraz z gadającym czworonogiem wchodzę do jakiegoś budynku, domu, który w obecnym czasie kojarzy mi się raczej z domami na goszczańskim osiedlu niż z mieszkaniami na wsi, lecz to nieistotne. W budynku owym dowiaduję się, że akcja dzieje się dzisiaj, czyli 31.12.2008, środa. Wskazują na to przygotowania do imprezy sylwestrowej, którego to sylwestra ja obecnie spędzam w internecie, bo mi się tak chce. Do domu wchodzą uczniowie klasy IIE, tacy jak Boczek, czy inny Nikoś, albo Sid, ale także i kolega od lat, Adam P., fan dokonań narciarskich swojego imiennika - Małysza. To mnie dziwi, bo raczej sobie czegoś takiego nie wyobrażam. Odwracam się za siebie i naglę widzę piękność twardogórską, bohaterkę wpisu pt. "Suche Marzenia.", Martę Sch. w całej swej piękności. Jej obecność we śnie to prawdziwy rarytas. Podążam za nią wzrokiem i widzę także, że rozmowny pies ucieka po schodach na górę. Dziura we śnie numer 1.
Tym razem miejscem snu jest mój pokój, ten w którym obecnie siedzę i piszę podsumowanie roku oneirycznego. Świeci się w nim światło, takie trochę nienaturalne, a ja podchodzę do wyjścia z niego. Widzę, że w pokoju gościnnym, inaczej mogącym być nazwanym salonem, siedzi ciotka Maryśka z Wrocławia, siostra mojego dziadka Antoniego, tego słynnego klucznika. Ciotka owa rozmawia coś o jakichś bananach, czy czymś, co jest normalne, gdyż zawsze tego rodzaju owocowe fanty ze sobą przywoziła. Nagle sytuacja zaczyna się diametralnie zmieniać, za oknem zaczyna szaleć burza, chyba nawet magnetyczna, bo normalne to to nie jest na pewno. Widzę między innymi jak za oknem na jakimś hm... na nici pajęczej zjeżdża w kierunku mojego domu kot. Tak, najnormalniejszy kot, Jacek Mruckiewicz jak to go mój brat ochrzcił. Wjeżdża do mojego pokoju, a następnie odjeżdża w sposób specyficzny, albowiem przeciska się przez niewielką (góra 2 milimetry) wnękę między oknem, a ścianą. Nikt nie mówił,że będzie normalnie, ja się zaś tym wydarzeniem zupełnie nie przejmuję, jak to zwykle, nigdy mnie w snach takie sensacje nie zaskakiwały. Do pokoju wchodzi matka.
Razem z rodzicielką włączamy telewizję, co jest logicznym zachowaniem w obliczu jakiejś szalejącej za oknem burzy. W telewizji leci program prowadzony przez znanego wszędzie, także tu i ówdzie, konferansjera Piotra Bałtroczyka, pracującego obecnie dla Polszmatu. Pan Piotr prowadzi dosyć specyficzne widowisko, swego rodzaju połączenie wyborów miss świata z... No z nie wiadomo czym, nie dochodzi wprawdzie do scen topless, lecz między kandydatkami na miss przebiega kot, być może nawet ten sam kot, który bawił się w spidercata. Trzeba podkreślić, że wszystkie kandydatki miały włosy koloru blond, a Marta z dwóch akapitów wyżej jest, jak oczywiście wszyscy wiedzą, dziewczyną o ciemnym kolorze włosów. Może jest to swego rodzaju kontrast w tym moim patrzeniu na świat inaczej niż robi to większość? A może to jakaś ogólna dezaprobata na blondynki? Może to też być efekt poszukiwań jakiejś tatarskiej blondynki, której to ja nie znam, ale które to zna sympatyk Małysza. Teresa B. stwierdza coś o jakichś ekipach startujących w tej elekcji piękności, a ta część snu kończy się.
Tym razem jestem z dziewczyną, której nie znam i nigdy przedtem na oczy nie widziałem. Jesteśmy razem w sklepie, który to sklep przypomina bardzo goszczański GS sprzed remontu, kiedy często po lekcjach chodziłem tam na oranżadę "na miejscu". Dziewcze-nieznajome jest wzrostu raczej niskiego i ma włosy koloru brązowego, raczej yyy brzydkie, nie podoba się mnie. Oprócz jej jest też tam fan Małysza i w takim składzie wychodzimy ze spożywczo-przemysłowego. Wychodząc potwierdza się teoria o goszczańskim zlokalizowaniu snu, albowiem jestem tam gdzie być powinienem, na drodze przez plac pałacowy. Piękna pogoda wskazuje na lato, lub wiosnę. Idę i widzę, że na ziemi leżą jakieś papiery, jak się okazuje są to dokumenty mojego brata, karta rowerowa, oraz legitymacja szkolna, ale także i jedno moje zdjęcie. Wyglądam na nim tradycyjnie źle, gdyż fotogeniczny to ja nie jestem. Pamiętam jednak kiedy było ono robione - był to rok 2004, a więc bardzo dawno temu. Biorę je ze sobą i odchodzę w kierunku pałacu.
Kolejna zmiana snu, tym razem jest to powrót do pokoju dowodzenia, czyli mojego. Jest ciemno, ale już inaczej, mniej więcej tak jak teraz, z tą różnicą, że rolety na oknie są odsłonięte, przez co dociera tu trochę światła z zewnątrz. Siedziałem przed komputerem, a obok mnie znajdował się alkoholik, tzn. wujek Krzysztof. Na ekranie komputera była gra komputerowa, swego rodzaju mieszanka Hearts Of Iron II, oraz Victoria: Revolutions. Na ekranie widać jak Polacy, w ekstremalnie krótkim czasie odkrywają technologię produkcji broni atomowej, zajmuje im to ok. 21 dni. Wujek Krzysztof trzeźwo zauważa, że to zbyt szybko. I nie chodziło mu tylko o to, że były to ledwo 3 tygodnie, lecz i o rok, w którym się to dzieje - sierpień 1880. Ciekawe wydarzenia miały miejsce również na Kaukazie, gdzie w kierunku Rosji uderzały połączone siły Wielkiej Brytanii, oraz Chin. Aberracja w pełnym tego słowa znaczeniu. Interpretacja tego czegoś jest niezwykle trudna, zwłaszcza w kontekście mojej rusofilii - nie pozwoliłbym wszak na jakieś głupie rajdy po terenie Imperium...
Ostatnia faza snu jest trudna do umieszczenia na geograficznej mapie świata odkrytego. Ma miejsce na swego rodzaju stadionie, czy czymś takim, trochę to mi przypomina połączenie stadionów Pogoni Oleśnica, Pogoni Syców, Gawina Królewska Wola, oraz Wiwy Goszcz, lecz już samo wymienienie tego, do czego to niby jest podobne wskazuje, że lokalizacja nie należy do rzeczy najłatwiejszych. W początkowej fazie snu siadam na drewnianych trybunach, a przede mną siada Aleksandra K. von Gross Wartenberg, postać szczególna dla roku 2008. Zostawia jakąś kawę, lub coś co ja w początkowej fazie identyfikuję jako kawa. Aleksandra idzie do jakichś swoich koleżanek zostawiając napój samemu sobie. Nagle dołącza do mnie Bartosz K., obecnie w ten czy owy sposób związany z panną K. Wypija tę herbatę, gdyż okazuje się, iż to herbata jest, lecz nie w całości, a tylko w ok. 1/3 pojemności szklanki. Zapytuje mnie czy chciałbym się napić, odmawiam, więc osobnik ów wylewa to coś na ławkę za nami. Na ławce tej siedzi Paulina S., bardzo fajna osoba, w praktyce nawet fajniejsza od tej pijącej-niepijącej, Boyarski dziwnym wzrokiem obserwuje rozlewającą się herbatę i z głupawym śmiechem wypala "Cieczka, haha". Dosyć żenujące to było, lecz Michał S., lubiący wyraźnie takie dowcipy wybucha śmiechem.
Patrzę na telebim znajdujący się na północny zachód ode mnie (zakładając, ze na wprost ode mnie jest północ), gdzie widać jakieś owce, a wśród owiec czarne konie. Stwierdzam, że "O! Czarna owca!" i znowu wszyscy wybuchają durnym śmiechem. Obraz na telebimie zmienia się jednak na coś innego, tym razem jest to swego rodzaju reklama, mowa w niej jest o nowych, ciekawszych wydarzeniach na lekcjach... wuefu. Między innymi przedstawiono tam program grania w pokera na lekcji, co zostaje skomentowane przez Bartosza K., że oto ów osobnik kiedyś tam grał. Dziwne, żeby nie grał. Każdy kiedyś grał. Potem mowa jest o transmisjach z Premier League na antenie... Discovery Channel, a dalej najszybciej strzelona bramka świata, w tym jakieś durnowate zachowanie bramkarza po bramce strzelonej z odległości 85 metrów. Tak kończy się ostatni sen w roku 2008... Przechodzimy do podsumowania całości roku, nie tylko snów.
Rok 2008 trwał 365 dni, lecz wydawał się być rokiem bardzo krótkim, wszystko przeleciało bardzo prędko, wszak jeszcze teraz pamiętam co się działo w takim marcu np. A działo się z drugiej strony bardzo dobrze. Cały rok w kategorii mojego samopoczucia był pełen różnorakich kontrastów, czasami czułem się jakbym był najszczęśliwszym człowiekiem świata, innym razem byłem na granicy załamania nerwowego i zbierałem 21 punktów na 21 możliwych w teście Becka, który liczy jak blisko depresji się znajdujemy. Powodem tych depresji, jak i uniesień zresztą też była ta sama osoba, którą aktualnie postanowiłem całkowicie odciąć od mojego świata, zostawiając tylko na jakieś tam zwykłe problemy typu "cześć-cześć" i inne takie. Przy okazji była to zdecydowanie największa klęska roku 2008. W szkole zaś oprócz romansowania również uczymy się, co dla wielu może zabrzmieć jednak wręcz nieprawdopodobnie. I tu mamy trochę przełamanie linii defensywnych, zwłaszcza w obecności ocen dopuszczających, które zadebiutowały wśród ocen mi proponowanych. Oczywiście zamierzam z tego wyjść na prostą. Wśród przedmiotów, z których jestem dobry oczywiście pełen progress. W tym roku było jednak zakończenie roku szkolnego 07/08, które naturalnie wypadło dobrze, tak jak się tego spodziewałem.
Potem nastały wakacje, które były dziwne. Jakiś taki neurotyczny humor miałem, cały czas byłem od ludzi odizolowany, ale w sierpniu mi minęło, by wrzesień zacząć normalnie i przy okazji z jednym zaskoczeniem, które ostatecznie okazało się być średnio-miłym zaskoczeniem. Poznałem jednak Martę W., która to Marta stała się stałym elementem życia mniej lub bardziej codziennego, niestety głównie w sieci. Jej obecność być może jako tako uratowała mnie przed klęską. Sytuacja ta była obrazowana w różny sposób w historii batalistyki, ot taka bitwa, gdzie Boyarski gdzieś atakuje, a tu nagle wpada niespodziewany sojusznik, rozwala wroga i zostawia takiego dziwnego oszołomionego na środku pola bitwy. Porównania batalistyczne są przy okazji moimi ulubionymi. Obecnie mamy chyba doktrynę elastycznej obrony. W kategorii dziewuch miałem również próbę zapoznania się z Sylwią A., mieszkającą w Łodzi, lecz wyszło to raczej średnio, od kilka nic nie znaczących rozmów, bez żadnych wniosków, ani konkluzji. Jest też Lena, dosyć dziwny ewenement, jakby nie z mojego świata, jest Zosia, Marilyn Monroe, znana z kradzieży paska z atomówkami. Jest też oczywiście chyba najważniejsza - wielki come back Małgorzaty W., która aktualnie na gronie tytułuje mnie swoim bratem. Bardzo fajnie.
Zmieniłem w roku 2008 poniekąd swoje upodobania muzyczne. O ile 2007 przebiegł pod znakiem elektronicznych dźwięków od Gigiego D'Agostino to w 2008 działo się dużo więcej. Zróżnicowanie większe było. Jak podaje last fm najczęściej w roku 2008 słuchałem Kultu, który to Kult stał się moim ulubionym zespołem, a którego teksty również na moją psychikę wpłynęły. Drugie miejsce zajął Leningrad, również odkrycie tego roku, rosyjskie ska, szalejące jednak od połowy roku, gdzie był tydzień, kiedy słuchałem tego praktycznie bez przerwy. Dalej mamy - KNŻ, oraz Kazika, Leningrad Cowboys, Gigiego D'Agostino, Apoptygmę Berzerk, Stratovarius, El Dupę, O.S.T.R., TPN25, Zacier, Siekierę, Kaliber 44, oraz Muse. Ważne dla roku 2009 będzie na pewno Ostry, oraz Kaliber 44, albowiem pod koniec tego roku zacząłem słuchać inteligentnego rapu, ciągle odcinając się od rapu idiotycznego, czyli np. Don Gurala z Tesco, czy innych takich. Widać jak 2007 rok był rokiem lento violento, 2008 rokiem rocka, to 2009 może być rokiem rapu. Ale nie musi. Może to być coś zupełnie innego, nowego, niespotykanego, wszak gust to ja mam dosyć elastyczny.
I czasami samemu tworzę. Twórczość obudziła się pod koniec roku, kiedy to razem z Fiołką i Kraską to i owo się nagrywało. To i owo było również hitem na przerwach przed lekcjami historii, kiedy to w piękny sposób wykorzystywano jakość głośników. Życie to szerokie pole, takie życie ja... Albo inne rozpowszechnione po Kielcach przeboje o tym jak pewna piękna dama lubi żurek. Przypomina mnie się przy tej okazji historia z robieniem paczek dla Ukraińców, kiedy to jak jakiś idiota w sklepie stałem w kolejce trzymając w łapie ryż Sonko. Monty Python się chowa.
Twórczość to także pisanie, w tym pisanie na tym blogu. Blog ów doczekał się, nie licząc tej naturalnie, aż 25 not w tym roku, co jest wynikiem kiepskim w porównaniu z zaprzyjaźnionymi Szani Zero, czy innym Sreberkoichuj, gdzie not było odpowiedno - 188, oraz 138, lecz moje noty są w oczywisty sposób lepszej jakości. Poruszają innych tematów, nie zawierają jakichś krótkich wzmianek o tym, że noty nie będzie, nie ma też jakiegoś wklejania tekstów piosenek. Nie ma czegoś takiego. Parę not było pisane wyraźnie na zlecenie, żeby można było poznać Boyara i te noty przysłużą się ludzkości, bo ktoś Boyara może poznać. A ta co poznała to nie polubiła wystarczająco i ma pecha, bo nie wie co traci. Najgorsze noty są w wakacje, bo wtedy było właśnie słynne 21 z Becka. Najlepsza nota zaś to bez wątpienia Suche Marzenia, niedoceniane jednak specjalnie na całym świecie, ot Szani krótko pochwalił, gratulując zwłaszcza koncówki. A bohaterkę owego opowiadania ja żem w końcu poznał osobiście, przy okazji pewnego wyjazdu kolejowego. I to było dobre, sam wyjazd się oddał.
Rok 2008 jaki więc był? Raczej dobrze się skończył, a to po tym jak się kończy poznajemy jakość roku. Więc będę wam wszystkim życzył wszystkiego najlepszego na ten nowy rok 2009, szczęścia zdrowia pomyślności, oraz wielu nowych postów na Quattrofolium, tak aby nigdy nie zdarzyła się sytuacja, że nie macie na co marnować czas. Chciałbym tu także wszystkich wiernych, lub niewiernych czytelników pozdrowić. Najlepszego!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


5 komentarzy:
Pamiętam to miejsce doskonale z licznych wydarzeń mojego życia.
Jakich? ;>
...najszybciej strzelona bramka świata, w tym jakieś durnowate zachowanie bramkarza po bramce strzelonej z odległości 85 metrów.
Kuszczak się przypomina ;D.
Marzenia, niedoceniane jednak specjalnie na całym świecie, ot Szani krótko pochwalił, gratulując zwłaszcza koncówki.
Bo końcówka zwłaszcza mnie powaliła. Jak chcesz to mogę Ci pisać całe recenzje, ale wtedy komentarze na Twoim blogu wyjdą dłuższe, niż niejeden post na Szani Zero, a już na pewno dłuższe niż wszystkie notki na Sreberko i chuj ;D.
O, inteligentny rap. Pochwalam.
Precz z Pezetem i blacharskimi tekstami!
Musiałam się nieźle skupić, żeby przeczytać całego posta i trochę mnie to zmęczyło^^ Rozpisujesz się strasznie. Ale to dobrze, bardzo dobrze.
Rowerem tam rozlicznie często jeździłem.
Nie, to niezbyt kuszczakowate, po prostu ktoś wykopywał piątkę, piłka odbiła się, wpadła do bramki, a bramkarz zaczął napieprzać sobie łapami po głowie.
Pisz, pisz, a portal "Sreberko i chuj" to dla minimalistów. Oni wszystko tam małe mają.
Tak, inteligentny rap jest fajny, bo jest inteligentny. Pezet też suxx.
Niestety, teksty stąd są znane z tego, że nie należą do tych intelektualnie niemęczących.
Musiałem teraz przykombinować, żeby dać dwie odpowiedzi w jednym komentarzu ^^
Zmyślnie ^^
Awesome! Its genuinely awesome article, I have got much clear idea
about from this paragraph.Visit my website at laminate flooring 2011
Prześlij komentarz