Znów nie mam internetu, co jak zwykle skutkuje tym samym - natłokiem myśli mających na celu zniwelowanie negatywnych efektów odcięcia od międzysieci. Muszę się poważnie zastanowić czy wedle jakichś chorych kryteriów nie jestem uzależniony. Chociaż z drugiej strony odpowiedź na to pytanie wydaje się być absolutnie oczywista - jestem. Jeżeli bez dostępu do internetu nie jestem w stanie sprawdzić np. o której odjeżdża pociąg Reggio z Wrocławia Głównego do Twardogóry Sycowskiej to bez wątpienia jestem od owego internetu uzależnionym. Stirner zapewne powiedział by coś innego. Wcale nie muszę sprawdzać w internecie rozkładu jazdy, mogę iść na dworzec i tam sprawdzić, a nawet iść na dworzec bez sprawdzania i po prostu bezczelnie czekać na przyjazd właściwego pociągu. W tym jednak układzie będę uzależniony od widzimisię obsługi kolejowej i osób odpowiedzialnych za terminy kursowania pociągów. Powie ktoś - wcale nie muszę jechać pociągiem - a co, nie będą mi Polskie Kolejowe Państwowe oprócz pieniędzy odbierać wolności, mało im, bucom jednym? Pozostaje jednak pytanie - jakie są alternatywy. Żeby dotrzeć do domu mogę wybrać podróż autobusem (te same warunki wymagane do spełnienia przeze mnie, co w wypadku podróży koleją, a nade wszystko - wyższe koszta finansowe i - o zgrozo - dłuższy czas podróży), mogę jechać taksówką (jeszcze wyższe koszta, aczkolwiek brak sztywnego rozkładu jazdy, chociaż jednocześnie staję się zakładnikiem taksówkarza - jeżeli nie przyjedzie, to ja nie pojadę; oprócz tego wciąż jestem ZMUSZANY do zapłaty za usługę), mogę również iść pieszo, co wydaje się być najbardziej wolnościowym wyborem, aczkolwiek i on ma swoje wady. Po pierwsze - nie mogę iść tam gdzie chcę - czyli po linii najmniejszego oporu będącego linią prostą łączącą punkty A i B, gdzie A to dom studencki "Parawanowiec", a B to dom Boyarskiego. Dlaczego nie mogę? Bo ktoś tam ustawił budynki, bo tam rosną lasy, płyną rzeki, wybuchają wulk... a nie, to nie tutaj. Staję się zakładnikiem planisty dróg, moja wolność jest tylko pozorna - mogę wybrać kilka dróg z dostępnego katalogu dróg przymusowych. Nade wszystko jestem zakładnikiem natury, która oprócz tego, że ogranicza moją swobodę poruszania się, to jeszcze często jest chroniona przez państwo, przez co nawet gdybym posiadał siły zdolne do przebicia się linią prostą przez las to by czekała na mnie za to kara. O ile oczywiście organy sprawiedliwości by mnie dosięgły.
Nie od dzisiaj wiadomo, że nieuchronność kary działa równie odstraszająco jak jej wysoki wymiar. Z zadziwieniem jednak obserwuję niekończące się dyskusje, wedle których prawodawca ma wybierać pomiędzy ostrością kary, a jej nieuchronnością. To jest oczywisty nonsens - najlepszym rozwiązaniem jest nieuchronność kary śmierci. Doskonale zdawać sobie z tego musiał sprawę Iwan Groźny, który powołał opryczninę. I wszystko chodziło jak w zegarku. Jeżeli naszym celem ma być zdyscyplinowane i dobrze zorganizowane społeczeństwo, to - korzystając z rosyjskich doświadczeń - powinniśmy wprowadzić karę śmierci ZA KAŻDE PRZEWINIENIE. Przeszedłeś na czerwonym świetle? Kara śmierci. Źle postawiłeś przecinek w piśmie urzędowym? Kara śmierci. Obraziłeś urzędnika? Kara śmierci. Plujesz na chodnik? Kara śmierci. Musi działać. Nikt nie będzie przechodził na czerwonym, nikt nie będzie stawiał źle przecinków, nikt nie będzie obrażał urzędników, nikt nie będzie pluł na chodnik. Ot i empiryczne rozwinięcie sprawdzonych rozwiązań z XVI-wiecznej Rosji i jakże współczesnego Singapuru, w którym również obowiązuje surowe i restrykcyjne prawo, które nade wszystko - sprawdza się. Jeżeli więc działanie A spełnia swoje zadanie i ma efektywność rzędu 50% to działanie AA, będące podwojeniem siły działania A musi mieć efektywność 100%. Widzicie to co ja? Dokładnie, empiryzm można obić o kant dupy. To, że coś empirycznie zadziałało w jakichś warunkach, ba - nawet byliście tego czegoś świadkami, nie implikuje, że w innych warunkach (chociażby tymi innymi warunkami była inna pogoda!), a jak wiadomo wszystko płynie (pantha rei) i takich samych warunków nie jesteśmy w stanie powtórzyć, tego że właśnie w nich zadziałała. Ha, a więc oprócz wolności nie istnieje również empiryczne poznanie. I zostało to udowodnione praktycznie nieempirycznie.
Wiemy już, że nie istnieje wolność. Człowiek jednak chciałby być wolnym, jak więc ten stan osiągnąć? Najskuteczniejszym rozwiązaniem wydaje się tu być dekonstrukcja rzeczywistości - fizyczne i mentalne usunięcie ograniczeń narzucanych nam przez rzeczywistość może nastąpić tylko i wyłącznie przez usunięcie podstawowej przyczyny istnienia tychże ograniczeń. Przez usunięcie rzeczywistości, jej dekonstrukcję. Już widzę te krzyki empiryków, że to niemożliwe, że jak to tak, że nie ma przykładów, historycznych dowodów. Widzę też obiektywistów, którzy krzyczą, że nie da się, że to nie możliwe, że rzeczywistość istnieje obiektywnie, niezależnie od naszego widzimisię i podlegamy jej prawom. Otóż to nonsens, a sama rzeczywistość dostarcza nam co najmniej dwóch (!) przypadków, w których możemy wyeliminować jej na nas wpływ. Pierwszym jest eschaton, czyli koniec świata. Założyć należy jednak, że na rzeczywistość nie oddziałuje żadna siła trzecia, w postaci chociażby transcendentalnego Boga, gdyż oznaczałoby to, że wyeliminowanie rzeczywistości nie jest wyeliminowanie przyczyny zniewolenia w znaczeniu bezpośrednim, gdyż w takim wypadku przyczyną zniewolenia jest Bóg, który narzuca nam za pomocą proroków i objawień normy moralne i żąda od nas ich przestrzegania pod groźbą kary. Co ciekawe, gdy nie uważamy wolności za wartość samą w sobie, a jedynie wykrojenie kawałka wolności niezbędnego nam (czyli: naszym celem nie jest zniszczenie ograniczeń wynikających z natury, ale na przykład np. tylko ograniczeń podatkowych) to będąc anarchonihilistą z powodzeniem i bez żadnej sprzeczności możemy być również i muzułmaninami, katolikami, protestantami, prawosławnymi, etc. Kluczowe jest tu wolne wybieranie sobie metod zniewolenia. Pozbawiając się wyboru wszak również ograniczalibyśmy swoją wolność, co jest sprzeczne z przyjętą przez nas doktryną. Druga zaś możliwością zniszczenia rzeczywistości są sny świadome, w czasie których sami kreujemy rzeczywistość, według swojego uznania. Aby osiągnąć stan absolutnej wolności musielibyśmy więc być wprowadzeni w stan hibernacji i za pomocą odpowiednich bodźców i oddziaływań na nerwy doprowadzić do wiecznego trwania snu świadomego. Na obecnym etapie wiedzy posiadanej przez ludzkość jest to z pewnością nie możliwe, ale patrząc na tempo rozwoju współczesnych technologii - wszystko jest kwestią czasu. Wolność tak pojmowana ma jednak kilka wad. Po pierwsze - jest wolnością pozorną, będącą formą oszukiwania samego siebie. Wciąż bowiem pozostajemy pod wpływem rzeczywistości istniejącej poza naszymi realiami sennymi. Zostajemy uzależnieni od zewnętrznej ingerencji przed którą o zgrozo nie jesteśmy się nawet w stanie obronić. Stajemy się zakładnikami rzeczywistości, czyli mimo pozornej większej władzy nad rzeczywistością, mamy mniej wolności!
Podsumowując - wolność nie istnieje i nie da się tego - jak i niczego innego - udowodnić empirycznie. Przyczyną tego jest rzeczywistość i wszystko co z niej wypływa, jej produktu takie jak historia, geopolityka. Dlatego też jedyną drogą, acz będącą jednocześnie ślepym zaułkiem, jest dla nas proces dekonstrukcji rzeczywistości - motor postępowania każdego anarchonihilisty. A anarchonihilistą może być każdy. I każdy będzie, jeżeli tylko będzie mi się chciało swoje wywody przekuć w książkowe opus magnum, które pobije "Kapitał" Marksa, "Mein Kampf" Hitlera i inne mało pożyteczne czytanki.
Dobranoc.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


2 komentarze:
Ale spersonalizowałeś doktrynę!
Już widzę, że mnie wykluczasz :D ale podstawy są, cycków co prawda nie, mimo wszystko - będzie główna!
Na podręcznik pełnowymiarowy czekam z niecierpliwością, czas przedstawienia doktryny władzom macedońskiej BJR się zbliża :D
O, jaki stary, a ukryty blog!
Gdyby nie katowanie się blogiem wilhelmińskim pewnie bym go nie odkrył...
Poczytam coś w wolnym czasie.
Prześlij komentarz