[Uwaga! Achtung! Wnimanje! Attenzione!]
Autora w trakcie pisania tegoż wiekopomnego dzieła suszyło. Nie było to broń Panie Boże spowodowane jakimkolwiek stanem upojenia alkoholowego, lecz pragnienie naprawdę dawało w kość, a raczej w gardło. Może to, choć oczywiście nie musi, negatywnie odbić się na jakości treściowej tegoż (wiekopomnego) tekstu. Z góry dziękuję za wyrozumiałość i tym razem nie proszę o żadne komentarze. Dlaczego? Albowiem, zawsze gdy to proszę to jakiś jeden człek z Gdyni walnie mi komentarzem i podpisze się jako anonimowy, mimo że cały świat wie bardzo dobrze kim on jest, reszta zaś nic nie napisze. Więc nie prosząc o komentarze zakładam w głębi duszy, że o to wszystkie 6 (do niedawna było 5, ale mam jakąś nadzieję, że to się zmieniło) osób czytających tę oazę normalności na pustyni internetu coś po sobie zostawi. I nie będą to śmieci do sprzątania.
[Koniec Uwagi, achtungu, wnimanja i attenziona, można spocząć]
No. Witam panią (jedną chyba, ale kto wie kto to czyta. Chyba, że boty z google'a są płci żeńskiej, wtedy pewnikiem powiem "witam panie), oraz panów czytających. Zakładam, że potraficie czytać samodzielnie i nie korzystacie z żadnych syntezatorów mowy. Bezpłciowy, mechaniczny, głos potrafi zabić niejeden dobrze napisany tekst. Ten wbrew pozorom też, mimo, że tak na dobre jeszcze się nie zaczął. I znając mnie nigdy się nie zacznie, a skończy się PSem na temat sprzedaży powierzchni reklamowej.
Właśnie - reglamy. Przepraszam. Reklamy. Otóż Konrad, nazywany Długim, Koniem, Schizofrenią-Euforią i tak dalej i tak dalej i tak dalej i tak dalej... postanowił założyć sobie blog. W praktyce zaś wyszedł mu chyba dziennik, gdyż pisze w nim codziennie. A jak pisze? Otóż stara się pisać ciekawie, głównie o swoich własnych odczuciach, podobnie jak tutaj stosuje pełny freestyle literacki, nie używa polskich liter, na końcu każdego tekstu poleca jakąś muzykę, powinien się chłopok uczyć ode mnie, lecz... No właśnie, on pisze regularnie, więc można spokojnie wchodzić codziennie licząc, że coś ciekawego się przeczyta, a nie jak tutaj - raz na miesiąc. Polecam więc szczerze, a link - będzie jak dodam.
Suszy mnie cholercia....
Jeżeli zaraz zaczną mi wypadać włosy to znaczy, że gdzieś w okolicy spełnił się mój sen o ataku nuklearnym, a mnie dopadła choroba popromienna. Gdy w czasach szkoły podstawowej wyjechaliśmy tłumnie na wycieczkę w Sudety odwiedziliśmy również słynne sztolnie, gdzie to tysiącletnia Trzecia Rzesza wydobywała uran do produkcji Wunderwaffe. W sztolni owej była pani przewodnik z licznikiem Geigera. Licznik taki służy do pomiaru stanu aktywności radioaktywnej. Detektor urządzenia, przyłożony do paska uranu przyklejonego do ściany dał wynik grubo ponad 200 jednostek. Co ciekawe, gdy wskazano na mnie wynik wyniósł aż 2.5, czyli kilka razy ponad normę. Pięknie. Widać teraz musiało przekroczyć dawkę śmiertelną i zaczynam usychać.
Bo mnie suszy....
Sucho tu jak na Saharze. "Sahar" to po rosyjsku cukier, najprawdopodobniej nasi ukochani (prawda?) sąsiedzi - dawniej zza Buga, obecnie zza Warmii i Mazur - byli przekonani, że to żółte czego pełno w Afryce to cukier. No bo jakby nie było - granulowane to to, twarde jak cukier, w smaku trochę inne, lecz żaden Rosjanin nie spróbował i o to mamy - kupa cukru. Niestety z przewagą kupy. Istnieje oczywiście inna teoria - otóż to mogło się zdarzyć że Rosyjska Ekspedycja Naukowa (w skrócie REN, Niemcy się obrażą chyba) faktycznie dotarła do Egiptu i naprawdę znalazła tam kupę cukru, tym razem z przewagą cukru. By zaspokoić potrzeby ludu pracującego miast i wsi Matuszki Rassiji Rosjanie wpadli z Kamazami i zabrali cały cukier, a Egipcjanom zostawili kupę. Kupę kup. Nie, nie jest to oferta handlowa.
Ma ma maj szaaaaronaaaa!
Suszy mnie murwa kać (przy damach kier i karo nie klnę)!
Nic nie piłem, zastrzegam sobie prawo do tego, że sam i z byle kim (hehe, na jedno wychodzi może, co?) nie pijam. I jak piję to z umiarem, powolutku do przodu, a nie ciągnąc całą butlę naraz. "Ciągnąć" - fatalne słowo, nie powinienem używać. Muszę sobie zanotować.
Jak na pewno zauważyliście usunąłem logo. Po co? Ano po to, by nie chwalić się tym, że dziadek zbudował obóz koncentracyjny dla kur. Tak, wiem, że to niedrobiotarne, ale co poradzić na to, że te kurw... pardon... kury przelatywały przez mur berliński do sąsiada i tamże wyrządzały szkody powodujące kolejne skandale polityczne na najniższym poziomie? Wszak atak lotnictwa to jest prowokacja, a "kto rękę nad władzę podniesie, temu ta ręka odpadnie". Co za logo zapytacie? No cóż, pewnie wykorzysta się inne możliwości blogspota i wstawi się ostrzeżenie przed epilepsją. Ewentualnie pozdrowionka dla sweet dziewuszek, koffanych koleszanek.. mmmmuaaa!
Suschi mnie... I mnje odffalla. Fffajnie byc sweeeeet blondineczkom?? No pefffnnoooo, mua, mua, mua...
[w tym momencie nastąpiło dosłownie rozpłynięcie się w komplementach panny Pauliny Karoliny Marty Bojarskiej, co zostało na szczęście pominięte.]
Piątek, 13 Kwietnia, godzina 21:24, szpital dla obłąkanych.
- Kim jestem? Dlaczego w tym domu nie ma klamek? Dlaczego nie ma okien? Dlaczego wszystko zostało pomalowane na biało? Co się ze mną stało? Co się stało ze światem? - usiadłem na podłodze i zacząłem intensywnie myśleć, właśnie - myśleć, udawało mnie się to znakomicie, aż nazbyt dobrze. Moje myślenie przerwało wejście pielęgniarki. Była ładna, skądś ją pamiętałem. Pewno z telewizji. Jej głos przełamał przerażającą ciszę panującą w pomieszczeniu.
- Jak się pan czuje panie Bojarski? - zapytała pięknym aksamitnym głosem.
- Dobrze, chyba dobrze, co najmniej tak mnie się wydaje. Co tu się właściwie wydarzyło?
- W Goszczu doszło do wybuchu, choć tak naprawdę to nikt nie wie co to było, wszystkie pana myśli uciekły na różne strony świata, wszelakie ideologie, pomysły, wszystko weszło w życie. - te słowa wprowadziły mnie w stan konsternacji. Jak to? Wszystko? Zastanowiłem się głębiej. I przypomniała mnie się pewna liczba. Nieśmiało zapytałem:
- Przepraszam, jaki jest tu numer pokoju?
- 21, a co? - zapytała nieco zdziwiona.
- Nic, nic. - Powiedziałem "nic", a w rzeczywistości wszystko. Co się mogło jeszcze stać? Cholera... Ile razy życzyłem niektórym ludziom śmierci? Spełniło się, czy nie? A co z dziewczynami, z tak zwanymi uczuciami wyższymi? Ha! Co się mogło stać, skoro dosyć często zdarzało mnie się zakochiwać, tłumiąc to uczucie wewnątrz siebie, licząc jednak po cichutku na bycie razem? Przecież to niemożliwe, być ze wszystkimi na raz. A może ludzie stali się niewolnikami moich myśli? Chyba nie o to chodziło w marzeniach, czyż nie? To powinno być dobrowolnie. Ludzie dobrowolnie, może za namową niewielkiej perswazji z mojej strony, powinni czynić to o czym marzę. To nie tak miało być. Marzenia cholera. W rzyć takie marzenia wsadzić sobie można. Po co żyć, skoro ma się wszystko, przecież jednym z celów życia jest spełnianie marzeń, mając wszystko powinno się życie skończyć. A do tego owe marzenia ni trochę nie pasują do tego, co się chciało. Przypomniała mnie się historia Naznaczonego z gry STALKER. Dotarł on do maszyny spełniającej życzenia, w elektrowni w Czarnobylu. W swojej zachłanności poprosił o otrzymanie pieniędzy, które to wedle niego miały pomagać w spełnianiu marzeń. Śrubki maszyny zmieniły się w złoto, cała konstrukcja przemieniła się w twardą walutę. Przez 4 sekundy Naznaczony był najbogatszym i wydawać by się mogło najszczęśliwszym człowiekiem świata, jego cel życiowy został osiągnięty. Trzymana jednak na pieniężnych śrubach konstrukcja nie wytrzymała. Zawaliła się, grzebiąc biedaka. Cóż, mnie marzenia również przygniotły.
Wstałem, nic nie mówiąc do pielęgniarki, a następnie wyszedłem na korytarz. Na korytarzu były okna, przez które mogłem obejrzeć świat moich marzeń. Dochodząc powoli do wniosku, że o wiele ważniejszym od realizacji swoich celów jest dążenie do nich, wyjrzałem za okiennice. Tak jest, idąc do celu, uczymy się, idąc do celu zdobywamy doświadczenie, poznajemy nowych ludzi, doznajemy odczuć wyższych. Patrząc przez okno na uśmiechającą się do mnie Martę, która czyniła to zapewne bez własnej woli, będąc we władaniu mojego umysłu, zrozumiałem, że to koniec. Nie ma już celów, nie ma już drogi, nie ma już szans na życiowe porażki i zwycięstwa, ostatni raz spoglądając na świat moich marzeń odwróciłem się i odszedłem z zamkniętymi oczami. Marzenia nie są po to by je spełniać. Marzenia są po to by je mieć....
---
P.s. Pozdrawiam tych, którzy dotarli do końca. Dziękuję bardzo. Kwiaty odeślę jutro.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


3 komentarze:
Nom, dziona za reklame, wlasnie dzisiaj mialem teksta pisac i to o politykach, zobaczymy, co z tego wyniknie, kurewsko sie dzis rozpisales ale mimo to dobrnalem do konca, kwiatkow nie chce, bo mi zawadzaja. Mozesz wyslac Brise'a, bo mi sie konczy.
Jeb** człeka z Gdyni!!!
Piękne Bojar. A końcówka mnie powaliła. Coś cudownego.
Prześlij komentarz